Nie podobało mi się tam. Galath było nieprzyjaznym miejscem dla wszelkich nadnaturalnych. Bałem się. Każdego dnia obawiałem się o swoje życie, albo chociaż zdrowie. To mnie wykańczało nerwowo.
W środku nocy obudziło mnie łomotanie do drzwi i czyjeś podniesione głosy. Zszedłem po cichu żeby sprawdzić, co tam się dzieje.
Moim oczom ukazało się dwóch rosłych mężczyzn ubranych w szaty straży miejskiej. Stali przed Falorenem z dość nieprzyjemnymi uśmieszkami.
- Doszły nas słuchy, że masz tu młodego nadnaturalnego, staruszku. Wiesz, co grozi za udzielanie azylu tym potworom? - usłyszałem. Jeden z nich, kompletnie z resztą łysy, opierał się o framugę, patrząc z góry na mojego dobroczyńcę, jakby był dzieckiem, które jest karcone przez swojego rodzica.
Jakim cudem nie zauważyli, że i on nie należy do rodzaju ludzkiego?
Powoli i jak najciszej wycofałem się z powrotem na górę. Zakopałem się pod kołdrą i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
Jakiś czas później Falorem wszedł do mojego pokoju. Spojrzałem na niego z niepokojem.
- Niedługo będzie trzeba się stąd przenieść - szepnął.
- Ale dokąd?
Powoli podszedł do okna i w zamyśleniu patrzył na wschód słońca.
- Udamy się do innej dzielnicy - odparł - Półświatek Galath z otwartymi rękoma przyjmie nadnaturalnych. Przydają im się nasze umiejętności, dlatego też wręcz o nas zabiegają. O nasze względy i przychylność.
Spojrzałem na niego niepewnie, na co on się tylko uśmiechnął.
Rankiem spakowałem wszystko, co miałem i zawołany przez Falorema, zbiegłem na dół. Zjedliśmy małe śniadanie, po czym wyruszyliśmy do najuboższej części miasta.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to wszechobecny fetor. Ludzie wylewali zawartość śmietników i nocników na ulice, co nie dodawało uroku temu i tak niezbyt pozytywnie prezentującemu się miejscu.
- Naprawdę będziemy tu mieszkać? - spytałem z nieskrywanym obrzydzeniem, na co mój towarzysz się roześmiał.
- Mam tu kilku znajomych, którzy zapewnią nam w miarę porządne lokum - uspokoił mnie, mrugając złotym okiem.
- Ach! - ożywiłem się - Zapomniałem!
Podskoczyłem, ochlapując jakiegoś przechodnia śmierdzącym błotem.
- Jak to się stało, że strażnicy nie zauważyli, że masz dość niezwykły jak na człowieka kolor oczu?
Uśmiechnął się, chwaląc moją spostrzegawczość, po czym ujął w dłoń i pokazał mi wiszący na jego szyi wisior.
- To jest Siah, amulet, który oryginalnie stworzony został na użytek ludzkich skrytobójców. Claryci wykorzystują go do ukrycia nietypowego koloru oczu.
Pokiwałem głową i spytałem, jak mogę taki zdobyć, lecz na to pytanie już nie uzyskałem odpowiedzi.
Gdy Falorem rozmawiał ze swoimi "znajomymi", którzy swoją drogą nie wyglądali na takich, co lubią obcych - nieważne, ludzi, czy nadnaturalnych - ja siedziałem przed budynkiem, w którym umówili się na spotkanie.
Mimo woli, moje myśli powędrowały do domu rodzinnego.
Mamy.
Taty...
Nawet mojej wrednej starszej siostry, Nuki...
A zwłaszcza do osoby, która była bliska memu sercu niemal, jak ojciec...
- Erius... - szepnąłem - Co teraz robisz, stary druhu...? Pewnie jesteś na mnie zły. Albo znowu się mażesz.
Zacisnąłem pięści i zęby, żeby samemu się nie rozpłakać, gdy przed oczami stanęła mi twarz chłopaka.
Tęskniłem, choć wiedziałem, że nie mogę wrócić. Nie, dopóki ród jest wyklęty przez monarchę! Nie mógłbym spojrzeć Eriusowi w oczy. Ba! Nie byłbym wstanie przejrzeć się w lustrze.
- A ty co taki spięty, jak kot podczas pokazu sztucznych ogni? - usłyszałem. Moim oczom ukazał się zgrzybiały mężczyzna o szkarłatnych, niczym krew ślepiach. Zerwałem się na równe nogi, dobywając miecza.
- Jeryt... - warknąłem, rozpoznając w nim krwiopijcę i unosząc czubek ostrza na wysokość jego krtani. Staruszek roześmiał się na to ochryple.
- Gdybym chciał cię skrzywdzić, już dawno bym to zrobił.
Jego pomarszczona twarz miała łagodny wyraz. Wokół ust zauważyłem popękaną skórę i mnóstwo malutkich strupów. Z dłoni, które teraz ukrył w długich rękawach swej burej, mającej za sobą swoje lata świetności szacie, płatami schodził naskórek.
Był na głodzie. I to od dawna.
Tak naprawdę nie musiał wcale być stary... Ciało Jeryta zmienia się nie do poznania, jeśli ten przez dłuższy czas się nie pożywia... Ukrywał cierpienie za maską pogodnego staruszka. Opuściłem powoli miecz, uważnie patrząc mu w oczy. Miał rację. Gdyby chciał, zmiótłby mnie z powierzchni ziemi w ułamku sekundy, gdy w najlepsze rozmyślałem.
- Czego ode mnie pan chce? - spytałem niepewnie zauważając, że głos mi lekko zadrżał.
- Słyszałem, że pewien chłopak szuka nauczyciela szermierki.
Z każdym słowem, jego uśmiech stawał się co raz szerszy, jakby opowiadał niesamowicie zabawny żart i w trakcie jego mówienia, ledwo powstrzymywał wybuch śmiechu. Gdy skończył, bez trudu można było dojrzeć niewiele dłuższe, niż przeciętnie kły. Omiotłem go po raz kolejny wzrokiem.
- Nie prezentuję się zbyt okazale, jak na potencjalnego mistrza, wiem. - zarechotał, jakby odczytując moje myśli - Lecz mogę ci teraz dać pierwszą lekcję. Nie oceniaj książki po okładce.
- Wiem, że jako Jeryt bez problemu mógłbyś mnie zabić, korzystając ze swoich umiejętności. - zacząłem, prostując się dumnie - Ale czy potrafisz posługiwać się mieczem?
środa, 22 lipca 2015
czwartek, 9 lipca 2015
Rozdzial 5
Podróż mijała bardzo powoli. Nie musiałem jednak iść pieszo - udało mi się załapać na transport węgla do stolicy, więc nie narzekałem. Na piechotę ten dystans pokonałbym w minimum dwa tygodnie, a dzięki tej okazji dotrę do Galath za plus minus 5 godzin.
Pogrążyłem się w myślach.
Erius zapytał mnie kiedyś, dlaczego moja rodzina, Mercuto, straciła swoją pozycję i łaskę ówczesnego monarchy. Otóż moja przodkini, Aryara, popełniła niedopuszczalny czyn, związując się z Clarytem o imieniu Dishti. Z tego związku narodziła się hybryda. Takie stworzenia jak ja nazywane są obrzydliwością. Nie ma nic ohydniejszego niż mieszanka człowieka z jakąś nadnaturalną istotą, prawda?
Najgorsze, najgroźniejsze i najstraszniejsze jest to, czego nie znamy. Tego obawiamy się najbardziej. Gdyby ludzie pojęli, że Claryci to jedynie zmiennokształtne, nie robiące nikomu krzywdy istoty... a traktowani są jak przestępcy, bandyci, albo te bezmyślne, pijące krew Jeryty. W przeciwieństwie do nich, Claryci nie zabijają. Ale co z tego? Wszyscy nadnaturalni zostali wrzuceni do jednego worka, bez uprzedniego rozeznania się, poznania, kto jest kim i czy stanowi jakieś zagrożenie...
Zacisnąłem pięści. Przez takie głupie uprzedzenia wiele rodów, nie tylko mój, zostały przyrównane do zaścianka, nawet chłopstwa, a wiele istnień zostało po prostu stracone...
Tak nie powinno być!
Pragnę udowodnić wszystkim, że nie każdy nadnaturalny sieją postrach, śmierć i zniszczenie.
Przywrócić dobre imię rodu Mercuto, ale także tych niesprawiedliwie potraktowanych. A nie mam na to zbyt wiele czasu...
W wieku 25 lat w organizmie Claryta powstaje toksyna, która wykorzystywana jest do obrony jako jad. Wymaga to dużo siły, której po wymieszaniu krwi nadnaturalnego i człowieka, po prostu braknie. Hybrydy najczęściej nie przeżywają, giną od tej trucizny. Jak mój ojciec... dziadek... i pewnego dnia ja. Dlatego wyruszyłem już teraz. By nie tracić czasu i wypełnić tę nigdy nie wypowiedzianą przysięgę.
W sercu czułem żal. Żal za utraconym ojcem i porzuconym przyjacielem. Ale tak musiało być.
Takie jest moje przeznaczenie.
Do Galath zajechaliśmy o zmierzchu. Miasto raziło oczy bielą budynków i szkarłatem domów. W jego centrum wznosił się majestatyczny pałac monarchy. Był piękny. Rozumiałem już, dlaczego Galath architektura zachowała się jeszcze z czasów, zanim ludzie opanowali żywioły. Świadczyły o tym masywne mury obronne mające chronić mieszkańców przed żywiołakami i duchami z lasów. Teraz nie są już potrzebne, a wszystko przez ludzi... Ich ekspansja spowodowała wyniszczenie buszów, a święte miejsca i źródła mocy straciły swą magię...
Jeśli tak dalej pójdzie, istoty nadnaturalne, jak Claryci, również zostaną zmieceni z powierzchni ziemi. Zacisnąłem zęby, starając się opanować.
Zatrzymałem się w jednej z gospód na zewnętrznych rubieżach miasta. Nie chciałem rzucać się za bardzo w oczy, gdyż od razu było widać, że nie jestem człowiekiem.
Usiadłem przy najdalszym stoliku i zamówiłem zieloną herbatę. Podziękowałem uprzejmie kelnerce, gdy przyniosła dzbanek i gliniany kubeczek.
Zauważyłem, że ku mnie idzie jakiś rosły i dobrze zbudowany mężczyzna. Usiadł obok mnie bez słowa i nalał sobie herbaty.
- Przepraszam, ale to moja herbata - mruknąłem najuprzejmiej jak tylko byłem w stanie - Jeśli jest pan spragniony, może sobie pan zamówić swoją...
Nie udało mi się dokończyć, bo mężczyzna złapał mnie za gardło i przyparł do ściany. Jego usta zbliżyły się do mojego ucha.
- Powinienem zawołać straż, wiesz? - wyszczerzył się - Odmieńcom nie wolno przebywać w Galath. Myślę, że bardzo by się ucieszyli!
To nie mogło tak się skończyć! Nie na samym początku mojej drogi!
Kopnąłem go z całej siły w brzuch, a ten, całkowicie zaskoczony, puścił mnie i złapał się za brzuch, zginając w pół. Już miałem wyprowadzić cios, dobić go, gdy ktoś chwycił moją rękę. Spojrzałem na tego, który mnie powstrzymał i zamarłem.
- Nie chcesz chyba zwrócić na siebie uwagę straży, tuż po tym, jak dotarłeś do tego miasta, czyż nie? - zapytał z uśmiechem, a spod szerokiego ronda przyglądały mi się złote oczy. Stał przede mną czystej krwi Claryt.
Rozluźniłem rękę i skinąłem głową, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dopiliśmy razem herbatę, po czym zostałem zaproszony przez mężczyznę do jego domu. Propozycję przyjąłem z ulgą i wdzięcznością.
- Jak ci na imię, chłopcze? - spytał, nie przestając się uśmiechać.
- Ilraen, panie.
- A nazwisko jakieś masz?
- Owszem, lecz wolałbym zachować je dla siebie.
- Zgoda - pokiwał głową - Ja mam na imię Faloren. A przynajmniej pod takim imieniem ty będziesz mnie znał. Czego szukasz w tym nieprzyjaznym dla nadnaturalnych mieście?
- Szukam kogoś, kto nauczyłby mnie władać mieczem - odparłem zgodnie z prawdą. Twarz Falorena przybrała zamyślony wyraz, po czym stwierdził, że może uda mu się mi pomóc.
Gdy dotarliśmy do jego domu, od razu zostałem zaprowadzony do pokoju na poddaszu, który od dziś miał być moją samotnią. Rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu.
Pod oknem stało niewielkie biurko z postawioną na nim lampką. W rogu po prawej, przy ścianie, stało jednoosobowe łóżko z wbudowanymi w nie dwoma obszernymi szufladami na pościel, bądź ubrania. W jego nogach stał dodatkowo duży, stary kufer, zamykany na dwie klamry. Był piękny. Na jego wieku przedstawiono cztery postaci otoczone żywiołami. Przyjrzałem się jednemu z mężczyzn. Wokół niego tańczyły płomienie, za plecami swe skrzydła rozpinał wielki feniks.
Feniks...
Spojrzałem na pochwę Eleneasa.
Niemal identyczny ptak ciągnął za sobą pióropusz ognia. Od samej tsuby, po sam koniec.
To był symbol rodu Mercuto...
- Coś się stało? - Faloren położył mi rękę na ramieniu. Pokręciłem głową, chowając szybko miecz tak, by nie zauważył zdobiącego go ognistego ptaka. Spojrzałem w jego złote oczy, które promieniowały czystą radością.
- Jak długo mogę tu zostać?
- Jak długo będziesz chciał.
Podziękowałem mu z całego serca.
Prawda jest taka, że czułem się tu bezpieczny. Byliśmy wewnątrz zamkniętej dzielnicy należącej do półświatka. Straż się tu nie zapuszczała, każdy pomagał każdemu. Panowała tu czysta przyjaźń, obowiązywał kodeks. Jeśli ktoś go złamał, był wyrzucany.
Zapadła noc.
Spoglądałem w gwiazdy przypominając sobie wszystkie konstelacje, które kiedyś pokazywał mi tata. Znalazłem tę jedną... tę szczególną, której zawsze wypatrywałem na firmamencie nieba. Arysih... najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Feniksa... Zamknąłem oczy i pomyślałem życzenie.
Od kiedy pamiętam, brzmiało ono zawsze tak samo.
By Mercuto odzyskali swój honor.
Pogrążyłem się w myślach.
Erius zapytał mnie kiedyś, dlaczego moja rodzina, Mercuto, straciła swoją pozycję i łaskę ówczesnego monarchy. Otóż moja przodkini, Aryara, popełniła niedopuszczalny czyn, związując się z Clarytem o imieniu Dishti. Z tego związku narodziła się hybryda. Takie stworzenia jak ja nazywane są obrzydliwością. Nie ma nic ohydniejszego niż mieszanka człowieka z jakąś nadnaturalną istotą, prawda?
Najgorsze, najgroźniejsze i najstraszniejsze jest to, czego nie znamy. Tego obawiamy się najbardziej. Gdyby ludzie pojęli, że Claryci to jedynie zmiennokształtne, nie robiące nikomu krzywdy istoty... a traktowani są jak przestępcy, bandyci, albo te bezmyślne, pijące krew Jeryty. W przeciwieństwie do nich, Claryci nie zabijają. Ale co z tego? Wszyscy nadnaturalni zostali wrzuceni do jednego worka, bez uprzedniego rozeznania się, poznania, kto jest kim i czy stanowi jakieś zagrożenie...
Zacisnąłem pięści. Przez takie głupie uprzedzenia wiele rodów, nie tylko mój, zostały przyrównane do zaścianka, nawet chłopstwa, a wiele istnień zostało po prostu stracone...
Tak nie powinno być!
Pragnę udowodnić wszystkim, że nie każdy nadnaturalny sieją postrach, śmierć i zniszczenie.
Przywrócić dobre imię rodu Mercuto, ale także tych niesprawiedliwie potraktowanych. A nie mam na to zbyt wiele czasu...
W wieku 25 lat w organizmie Claryta powstaje toksyna, która wykorzystywana jest do obrony jako jad. Wymaga to dużo siły, której po wymieszaniu krwi nadnaturalnego i człowieka, po prostu braknie. Hybrydy najczęściej nie przeżywają, giną od tej trucizny. Jak mój ojciec... dziadek... i pewnego dnia ja. Dlatego wyruszyłem już teraz. By nie tracić czasu i wypełnić tę nigdy nie wypowiedzianą przysięgę.
W sercu czułem żal. Żal za utraconym ojcem i porzuconym przyjacielem. Ale tak musiało być.
Takie jest moje przeznaczenie.
Do Galath zajechaliśmy o zmierzchu. Miasto raziło oczy bielą budynków i szkarłatem domów. W jego centrum wznosił się majestatyczny pałac monarchy. Był piękny. Rozumiałem już, dlaczego Galath architektura zachowała się jeszcze z czasów, zanim ludzie opanowali żywioły. Świadczyły o tym masywne mury obronne mające chronić mieszkańców przed żywiołakami i duchami z lasów. Teraz nie są już potrzebne, a wszystko przez ludzi... Ich ekspansja spowodowała wyniszczenie buszów, a święte miejsca i źródła mocy straciły swą magię...
Jeśli tak dalej pójdzie, istoty nadnaturalne, jak Claryci, również zostaną zmieceni z powierzchni ziemi. Zacisnąłem zęby, starając się opanować.
Zatrzymałem się w jednej z gospód na zewnętrznych rubieżach miasta. Nie chciałem rzucać się za bardzo w oczy, gdyż od razu było widać, że nie jestem człowiekiem.
Usiadłem przy najdalszym stoliku i zamówiłem zieloną herbatę. Podziękowałem uprzejmie kelnerce, gdy przyniosła dzbanek i gliniany kubeczek.
Zauważyłem, że ku mnie idzie jakiś rosły i dobrze zbudowany mężczyzna. Usiadł obok mnie bez słowa i nalał sobie herbaty.
- Przepraszam, ale to moja herbata - mruknąłem najuprzejmiej jak tylko byłem w stanie - Jeśli jest pan spragniony, może sobie pan zamówić swoją...
Nie udało mi się dokończyć, bo mężczyzna złapał mnie za gardło i przyparł do ściany. Jego usta zbliżyły się do mojego ucha.
- Powinienem zawołać straż, wiesz? - wyszczerzył się - Odmieńcom nie wolno przebywać w Galath. Myślę, że bardzo by się ucieszyli!
To nie mogło tak się skończyć! Nie na samym początku mojej drogi!
Kopnąłem go z całej siły w brzuch, a ten, całkowicie zaskoczony, puścił mnie i złapał się za brzuch, zginając w pół. Już miałem wyprowadzić cios, dobić go, gdy ktoś chwycił moją rękę. Spojrzałem na tego, który mnie powstrzymał i zamarłem.
- Nie chcesz chyba zwrócić na siebie uwagę straży, tuż po tym, jak dotarłeś do tego miasta, czyż nie? - zapytał z uśmiechem, a spod szerokiego ronda przyglądały mi się złote oczy. Stał przede mną czystej krwi Claryt.
Rozluźniłem rękę i skinąłem głową, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dopiliśmy razem herbatę, po czym zostałem zaproszony przez mężczyznę do jego domu. Propozycję przyjąłem z ulgą i wdzięcznością.
- Jak ci na imię, chłopcze? - spytał, nie przestając się uśmiechać.
- Ilraen, panie.
- A nazwisko jakieś masz?
- Owszem, lecz wolałbym zachować je dla siebie.
- Zgoda - pokiwał głową - Ja mam na imię Faloren. A przynajmniej pod takim imieniem ty będziesz mnie znał. Czego szukasz w tym nieprzyjaznym dla nadnaturalnych mieście?
- Szukam kogoś, kto nauczyłby mnie władać mieczem - odparłem zgodnie z prawdą. Twarz Falorena przybrała zamyślony wyraz, po czym stwierdził, że może uda mu się mi pomóc.
Gdy dotarliśmy do jego domu, od razu zostałem zaprowadzony do pokoju na poddaszu, który od dziś miał być moją samotnią. Rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu.
Pod oknem stało niewielkie biurko z postawioną na nim lampką. W rogu po prawej, przy ścianie, stało jednoosobowe łóżko z wbudowanymi w nie dwoma obszernymi szufladami na pościel, bądź ubrania. W jego nogach stał dodatkowo duży, stary kufer, zamykany na dwie klamry. Był piękny. Na jego wieku przedstawiono cztery postaci otoczone żywiołami. Przyjrzałem się jednemu z mężczyzn. Wokół niego tańczyły płomienie, za plecami swe skrzydła rozpinał wielki feniks.
Feniks...
Spojrzałem na pochwę Eleneasa.
Niemal identyczny ptak ciągnął za sobą pióropusz ognia. Od samej tsuby, po sam koniec.
To był symbol rodu Mercuto...
- Coś się stało? - Faloren położył mi rękę na ramieniu. Pokręciłem głową, chowając szybko miecz tak, by nie zauważył zdobiącego go ognistego ptaka. Spojrzałem w jego złote oczy, które promieniowały czystą radością.
- Jak długo mogę tu zostać?
- Jak długo będziesz chciał.
Podziękowałem mu z całego serca.
Prawda jest taka, że czułem się tu bezpieczny. Byliśmy wewnątrz zamkniętej dzielnicy należącej do półświatka. Straż się tu nie zapuszczała, każdy pomagał każdemu. Panowała tu czysta przyjaźń, obowiązywał kodeks. Jeśli ktoś go złamał, był wyrzucany.
Zapadła noc.
Spoglądałem w gwiazdy przypominając sobie wszystkie konstelacje, które kiedyś pokazywał mi tata. Znalazłem tę jedną... tę szczególną, której zawsze wypatrywałem na firmamencie nieba. Arysih... najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Feniksa... Zamknąłem oczy i pomyślałem życzenie.
Od kiedy pamiętam, brzmiało ono zawsze tak samo.
By Mercuto odzyskali swój honor.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Rozdzial 4
Cały się trząsłem... Nienawidziłem płakać. Nienawidziłem okazywać słabości. Musiałem być przecież silny. Jak nie ja, to kto będzie?
Spojrzałem na półkę nad łóżkiem. Stała na niej ramka ze zdjęciem, jak tata trzyma mnie w ramionach, ucząc jazdy konno. Zacisnąłem mocno zęby, powstrzymując kolejny wybuch płaczu. Mimo, że już go nie było, zamierzałem dopełnić danej mu kiedyś obietnicy. Zamierzam przywrócić naszemu rodowi należny mu status.
Lecz żeby tego dokonać, muszę stać się silniejszy. Muszę budzić respekt i grozę.
Wstałem i stanąłem przed lustrem.
Ujrzałem w nim czarnowłosego chłopca o srebrnych, skrzących się oczach. Grzywka zasłaniała częściowo szlachetne, wąskie brwi, w tej chwili lekko uniesione. Twarz wykrzywiał smutek.
W takim stanie nie budziłem niczyjego respektu, a jedynie współczucie, litość. Nie chciałem tego.
Wspiąłem się na parapet okna i wyskoczyłem, lądując w kupie liści zagarniętej tuż obok domu, po czym pobiegłem do lasu. Do Eleneasa... Tu nie stanę się silny. Muszę znaleźć nauczyciela... ale kogo...? Mojego taty już nie ma, a tylko on mógł być skory do nauczenia mnie czegokolwiek...
Zacisnąłem palce na rękojeści Eleneasa. Czarna pochwa błyszczała w świetle słońca przebijającym się przez korony drzew.
- Niedługo wyruszamy, przyjacielu... Zostawimy za sobą wszystko... nawet Eriusa. On by sobie nie poradził...
Myśl, że byłbym sam była przytłaczająca, ale to w końcu moja droga. To było moje zadanie. Nikt inny nie mógł tego za mnie zrobić.
Jeszcze tego samego dnia przekonałem mamę, byśmy przyjęli Eriusa do siebie. Przecież został całkiem sam... Po kilku próbach udało mi się. Musiałem co prawda wyjawić, że to ja zabiłem jego ojca, ale było warto.
Siedziałem na tarasie przed domem, wpatrując się w zachodzące za wzgórzami słońce, gdy poczułem kopnięcie w plecy. Nuka się nudziła, więc stwierdziła, że mnie pomęczy. Uśmiechnęła się słysząc, że z ust wyrwał mi się jęk bólu. Zacisnąłem zęby i spojrzałem jej w oczy. Nie były takie jak moje, srebrne, lecz miały piwny kolor oczu naszej matki. Gdy ja wdałem się w ojca, ona poszła całkowicie w jej ślady. Nie licząc charakteru, oczywiście. Mama miała łagodne usposobienie i silne poczucie sprawiedliwości, lecz nie było cienia wątpliwości, że to moja siostra jest tym "bardziej kochanym" dzieckiem. Nie chciała się do mnie przywiązywać ze względu na przekleństwo ciążące na męskiej linii naszego rodu. Nikt bowiem nie żył więcej, niż 25 lat. Nuka, jako kobieta miała żyć dłużej. O wiele. Może dożyje nawet pięćdziesiątki?
Na ustach mojej siostry tańczył wredny i szyderczy uśmiech.
- Co tam, synek tatusia znowu będzie płakał? - zaśmiała się, a ja tylko zgrzytnąłem zębami. Wyszczerzyła się, po czym uderzyła mnie pięścią w głowę. Nawet nie pisnąłem. Nie zamierzałem się bronić, bo by się rozpłakała i pobiegła do mamy skarżąc, że to ja ją biję. Jeszcze miałbym kłopoty... Wystarczyło poczekać, aż się wyżyje. Siniak w tę, czy we w tę... to żadna różnica. Zauważyłem, że Erius przygląda się nam z okna pokoju gościnnego, w którym zamieszkał. Unikałem jego spojrzenia. Chciałem, by widział mnie silnym, a nie...
Gdy Nuka się znudziła, prychnęła z wyższością, zarzuciła swoją czarną grzywą i odwróciwszy się na pięcie, odeszła. Zacisnąłem mocno pięści, by choć trochę wyładować gromadzącą się we mnie frustrację i złość. Jeszcze jej pokażę.
Wszedłem na górę, do Eriusa i uśmiechnąłem się do niego, zamykając za sobą drzwi.
- O czym myślisz? - spytał mnie, patrząc mi głęboko w oczy. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale zawsze wiedział, gdy coś chodziło mi po głowie. Zmusiłem się do jeszcze szerszego uśmiechu i pokręciłem głową.
- O niczym. Cieszę się po prostu, że z nami zamieszkałeś. Nie będziesz musiał siedzieć sam, to dobrze, nie?
On wciąż jednak przyglądał mi się uważnie.
- Ty coś planujesz... ale to ukrywasz...
Serce zabiło mi mocniej. Był bardzo mądry mimo, że na takiego nie wyglądał. Był znakomitym obserwatorem, potrafił wyciągać prawidłowe wnioski. Westchnąłem, gdyż nie było sensu ciągnąć dalej tej parodii.
- Wyjeżdżam.
Jego oczy stały się okrągłe jak dwa talerze. Patrzył na mnie nie wierząc, po czym złapał mnie mocno za ramiona.
- Co? Ale... dokąd? Zostawiasz mnie? Z Nuką?
- Jest jeszcze moja mama.
Pokręcił głową, a w jego oczach zaszkliły się łzy. Krzyczał, że nie mogę go tak zostawić, że przecież jesteśmy przyjaciółmi, a on ma być moim towarzyszem.
Westchnąłem i wyplątałem się delikatnie z jego uścisku, po czym ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Szepnąłem, że tego potrzebuję. Że jeśli chcę spełnić marzenie, jeśli mój ród ma odzyskać swoją pozycję w kraju, to moim obowiązkiem jest wyruszyć w tę podróż. Erius wciąż kręcił głową, a ja przytuliłem go mocno, po czym wyszedłem z pokoju, zostawiając go samego.
To było okrutne, wiem, lecz wtedy tak należało postąpić.
Nie spałem całą noc. Sam nie wiem czemu. Nie mam pojęcia, czy spowodowane to było strachem, bądź ekscytacją, lecz cały czas po zachodzie słońca poświęciłem na spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy. Zabrałem swoje oszczędności, napisałem wiadomość dla mamy i czekałem. Nie było sensu wychodzić w środku nocy. Wolałem poczekać, aż zacznie przynajmniej świtać. Co prawda wtedy była większa szansa, że mama nie będzie już spać, ale wolałem zaryzykować.
Przez okno wyrzuciłem linę, którą zabrałem ze składzika w ogrodzie i spuściłem się powoli i cicho na dół. Gdy dotknąłem już mokrej trawy, spojrzałem jeszcze tylko ku oknu do sypialni mojego przyjaciela, wyszeptałem pożegnanie i pobiegłem w mrok lasu. Musiałem przecież zabrać Eleneasa...
Gdy miecz bezpiecznie spoczął przy mym boku, poczułem, że już nic mnie tu nie trzyma.
Wyruszyłem.
W ten nieprzyjazny i nieznany mi świat, by szukać nauczyciela. By spełnić marzenie... obietnicę złożoną ojcu.
By przywrócić honor nazwisku Mercuto!
Spojrzałem na półkę nad łóżkiem. Stała na niej ramka ze zdjęciem, jak tata trzyma mnie w ramionach, ucząc jazdy konno. Zacisnąłem mocno zęby, powstrzymując kolejny wybuch płaczu. Mimo, że już go nie było, zamierzałem dopełnić danej mu kiedyś obietnicy. Zamierzam przywrócić naszemu rodowi należny mu status.
Lecz żeby tego dokonać, muszę stać się silniejszy. Muszę budzić respekt i grozę.
Wstałem i stanąłem przed lustrem.
Ujrzałem w nim czarnowłosego chłopca o srebrnych, skrzących się oczach. Grzywka zasłaniała częściowo szlachetne, wąskie brwi, w tej chwili lekko uniesione. Twarz wykrzywiał smutek.
W takim stanie nie budziłem niczyjego respektu, a jedynie współczucie, litość. Nie chciałem tego.
Wspiąłem się na parapet okna i wyskoczyłem, lądując w kupie liści zagarniętej tuż obok domu, po czym pobiegłem do lasu. Do Eleneasa... Tu nie stanę się silny. Muszę znaleźć nauczyciela... ale kogo...? Mojego taty już nie ma, a tylko on mógł być skory do nauczenia mnie czegokolwiek...
Zacisnąłem palce na rękojeści Eleneasa. Czarna pochwa błyszczała w świetle słońca przebijającym się przez korony drzew.
- Niedługo wyruszamy, przyjacielu... Zostawimy za sobą wszystko... nawet Eriusa. On by sobie nie poradził...
Myśl, że byłbym sam była przytłaczająca, ale to w końcu moja droga. To było moje zadanie. Nikt inny nie mógł tego za mnie zrobić.
Jeszcze tego samego dnia przekonałem mamę, byśmy przyjęli Eriusa do siebie. Przecież został całkiem sam... Po kilku próbach udało mi się. Musiałem co prawda wyjawić, że to ja zabiłem jego ojca, ale było warto.
Siedziałem na tarasie przed domem, wpatrując się w zachodzące za wzgórzami słońce, gdy poczułem kopnięcie w plecy. Nuka się nudziła, więc stwierdziła, że mnie pomęczy. Uśmiechnęła się słysząc, że z ust wyrwał mi się jęk bólu. Zacisnąłem zęby i spojrzałem jej w oczy. Nie były takie jak moje, srebrne, lecz miały piwny kolor oczu naszej matki. Gdy ja wdałem się w ojca, ona poszła całkowicie w jej ślady. Nie licząc charakteru, oczywiście. Mama miała łagodne usposobienie i silne poczucie sprawiedliwości, lecz nie było cienia wątpliwości, że to moja siostra jest tym "bardziej kochanym" dzieckiem. Nie chciała się do mnie przywiązywać ze względu na przekleństwo ciążące na męskiej linii naszego rodu. Nikt bowiem nie żył więcej, niż 25 lat. Nuka, jako kobieta miała żyć dłużej. O wiele. Może dożyje nawet pięćdziesiątki?
Na ustach mojej siostry tańczył wredny i szyderczy uśmiech.
- Co tam, synek tatusia znowu będzie płakał? - zaśmiała się, a ja tylko zgrzytnąłem zębami. Wyszczerzyła się, po czym uderzyła mnie pięścią w głowę. Nawet nie pisnąłem. Nie zamierzałem się bronić, bo by się rozpłakała i pobiegła do mamy skarżąc, że to ja ją biję. Jeszcze miałbym kłopoty... Wystarczyło poczekać, aż się wyżyje. Siniak w tę, czy we w tę... to żadna różnica. Zauważyłem, że Erius przygląda się nam z okna pokoju gościnnego, w którym zamieszkał. Unikałem jego spojrzenia. Chciałem, by widział mnie silnym, a nie...
Gdy Nuka się znudziła, prychnęła z wyższością, zarzuciła swoją czarną grzywą i odwróciwszy się na pięcie, odeszła. Zacisnąłem mocno pięści, by choć trochę wyładować gromadzącą się we mnie frustrację i złość. Jeszcze jej pokażę.
Wszedłem na górę, do Eriusa i uśmiechnąłem się do niego, zamykając za sobą drzwi.
- O czym myślisz? - spytał mnie, patrząc mi głęboko w oczy. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale zawsze wiedział, gdy coś chodziło mi po głowie. Zmusiłem się do jeszcze szerszego uśmiechu i pokręciłem głową.
- O niczym. Cieszę się po prostu, że z nami zamieszkałeś. Nie będziesz musiał siedzieć sam, to dobrze, nie?
On wciąż jednak przyglądał mi się uważnie.
- Ty coś planujesz... ale to ukrywasz...
Serce zabiło mi mocniej. Był bardzo mądry mimo, że na takiego nie wyglądał. Był znakomitym obserwatorem, potrafił wyciągać prawidłowe wnioski. Westchnąłem, gdyż nie było sensu ciągnąć dalej tej parodii.
- Wyjeżdżam.
Jego oczy stały się okrągłe jak dwa talerze. Patrzył na mnie nie wierząc, po czym złapał mnie mocno za ramiona.
- Co? Ale... dokąd? Zostawiasz mnie? Z Nuką?
- Jest jeszcze moja mama.
Pokręcił głową, a w jego oczach zaszkliły się łzy. Krzyczał, że nie mogę go tak zostawić, że przecież jesteśmy przyjaciółmi, a on ma być moim towarzyszem.
Westchnąłem i wyplątałem się delikatnie z jego uścisku, po czym ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Szepnąłem, że tego potrzebuję. Że jeśli chcę spełnić marzenie, jeśli mój ród ma odzyskać swoją pozycję w kraju, to moim obowiązkiem jest wyruszyć w tę podróż. Erius wciąż kręcił głową, a ja przytuliłem go mocno, po czym wyszedłem z pokoju, zostawiając go samego.
To było okrutne, wiem, lecz wtedy tak należało postąpić.
Nie spałem całą noc. Sam nie wiem czemu. Nie mam pojęcia, czy spowodowane to było strachem, bądź ekscytacją, lecz cały czas po zachodzie słońca poświęciłem na spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy. Zabrałem swoje oszczędności, napisałem wiadomość dla mamy i czekałem. Nie było sensu wychodzić w środku nocy. Wolałem poczekać, aż zacznie przynajmniej świtać. Co prawda wtedy była większa szansa, że mama nie będzie już spać, ale wolałem zaryzykować.
Przez okno wyrzuciłem linę, którą zabrałem ze składzika w ogrodzie i spuściłem się powoli i cicho na dół. Gdy dotknąłem już mokrej trawy, spojrzałem jeszcze tylko ku oknu do sypialni mojego przyjaciela, wyszeptałem pożegnanie i pobiegłem w mrok lasu. Musiałem przecież zabrać Eleneasa...
Gdy miecz bezpiecznie spoczął przy mym boku, poczułem, że już nic mnie tu nie trzyma.
Wyruszyłem.
W ten nieprzyjazny i nieznany mi świat, by szukać nauczyciela. By spełnić marzenie... obietnicę złożoną ojcu.
By przywrócić honor nazwisku Mercuto!
sobota, 4 lipca 2015
Rozdzial 3
Wiadomość o
śmierci ojca Ilraena wstrząsnęła mną do głębi. Długo nie
mogłem przestać płakać, ku uciesze mego ojca, który przekazał
mi tą straszliwą wiadomość.
Kiedy w końcu
otrząsnąłem się na tyle, by zacząć rozsądnie myśleć,
zszedłem z łóżka i otarłem oczy. To nie była właściwa pora na
łzy. Jest ktoś, dla kogo śmierć tego wspaniałego człowieka
musiała być znacznie gorszym ciosem. Muszę być przy nim.
-Co ty robisz? -
usłyszałem gniewne warknięcie ojca. - Chyba nie zamierzasz sobie
wyjść, jak gdyby nigdy nic?
-Muszę iść do
Ilraena – odparłem stanowczo. - Nie będę tu teraz siedział,
podczas gdy on…
-Twojego wstrętnego
kolegi nie ma w domu. Jego matka, od której się o wszystkim
dowiedziałem powiedziała również, że Ilraen uciekł. Nikt go
przez cały dzień nie widział – mężczyzna uśmiechnął się
złośliwie. - Chyba, że to on…?
Poczułem, jak
ogarnia mnie wściekłość.
-Chyba niczego nie
insynuujesz?! Dobrze znasz historię tego rodu. Wiesz, że śmierć w
wieku dwudziestu pięciu lat jest dla jego mężczyzn normalną
rzeczą.
-Tak, dobrze znam
historię tego rodu – przyznał ojciec. - Wiem więc, jakim
potworem jest twój odrażający przyjaciel…
-Sam jesteś
potworem!
Nie potrafiłem się
pohamować. Już nie. Ten złośliwy człowiek stoi przede mną i
obraża tak wspaniałych ludzi, jak Ilraen i jego rodzina… To nie
tutaj powinienem teraz być. Nie mam czasu, by znów spierać się z
ojcem.
-Coś ty powiedział?
- kątem oka dostrzegłem, że oblicze ojca wykrzywia złość. Nie
chciałem czekać na ciąg dalszy. Pospiesznie przemknąłem w stronę
drzwi i wybiegłem, nim tamten zdążył mnie złapać.
A więc Ilraena nie
ma w domu? Na wszelki wypadek poszedłem tam, by się upewnić, ale
słowa mojego ojca okazały się być prawdziwe. Dokąd mógł udać
się mój przyjaciel?
Nogi prowadziły
mnie same, aż dotarłem na skraj lasu. Gdy zobaczyłem, gdzie stoję,
uśmiechnąłem się sam do siebie. Czy on naprawdę mógłby tutaj
być? To było miejsce, w które często razem wędrowaliśmy już od
najmłodszych lat.
Nie zastanawiając
się nad tym dłużej, wszedłem do lasu i zagłębiłem się w
gąszcz krzewów i drzew. Miałem wrażenie, że prowadzi mnie
pierwotny instynkt. Teraz byłem pewien – mój przyjaciel na pewno
tu jest!
-Cześć, Erius.
Aż podskoczyłem na
dźwięk głosu Ilraena. Odwróciłem głowę i spojrzałem wprost w
jego oczy.
-Ilraen! Szukałem
cię. Słyszałem o twoim ojcu…
Twarz mojego
przyjaciela wyrażała pewne zacięcie i stanowczość, ale w jego
wzroku i tak dostrzegłem żal.
-W porządku,
poradzę sobie – powiedział cicho. - To było do przewidzenia.
Wcale nie sprawiał
wrażenia zdolnego do tego, by tak łatwo zaakceptować ten przykry
fakt. On nigdy przy mnie nie płakał, choć ja miałem w zwyczaju
często zalewać się łzami w jego obecności.
Ilraen odwrócił
się.
-Chodź, pokażę ci
coś – oświadczył. Widocznie nie chciał już kontynuować tego
tematu. Z zaciekawieniem ruszyłem za nim.
-Czy to ma coś
wspólnego z twoją dzisiejszą nieobecnością w domu? - zagadnąłem
nieśmiało. Nie odpowiedział, torując sobie drogę przez zarośla.
Gdy tylko wyszliśmy
na polankę, stanąłem jak wryty. Moim oczom ukazał się wspaniały
miecz. Ilraen podszedł do niego i podniósł. Musiałem przyznać w
duchu, że ten widok zapierał dech w piersiach. On i wspaniała broń
byli dla siebie stworzeni.
-To pamiątka po
moim ojcu – wyjaśnił chłopiec cicho. Podszedłem do niego
ostrożnie i wyciągnąłem rękę, by dotknąć klingi, lecz Ilraen
cofnął się.
-O co chodzi?
-Przepraszam, ale
chciałbym mieć wyłączność do tego miecza. To nie to, że ci nie
ufam… Ale…
-W porządku –
odparłem lekko urażony. - To tutaj byłeś przez cały dzień, tak?
-Zgadza się.
Trenowałem.
-Powinniśmy wrócić
do domu. Twoja rodzina na pewno się niepokoi. Powinieneś być przy
matce – upomniałem. Ilraen odwrócił się i ukrył miecz.
-Nie chcę go brać
teraz do domu – stwierdził cicho. - Jeszcze nie…
Kiedy wychodziliśmy
z lasu, widziałem tęskne spojrzenia, jakie mój przyjaciel słał
za siebie. Nie byłem do końca pewien, co sądzić o tym mieczu. Z
jednej strony był wspaniałą pamiątką i bronią, ale czułem się
odrobinę zazdrosny. Miałem nadzieję, że Ilraen nie przełoży go
nad naszą przyjaźń.
-Odprowadzę cię do
domu – zaproponował, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Co? Ach… Nie
musisz, naprawdę… - wtem przypomniałem sobie o burzliwej rozmowie
z ojcem, nim wyszedłem poszukać przyjaciela. Prawdopodobnie czekało
mnie straszliwe lanie. Ilraen chyba dostrzegł niepokój na mojej
twarzy, gdyż jego oblicze przybrało nachmurzony wyraz.
-Lepiej wracaj do
siebie – powiedziałem. Nie chciałem, by mi przy tym towarzyszył.
Ilraen był jednak nieustępliwy. Jak zwykle…
Już w progu
wciągnęły mnie do środka silne ręce. Zostałem brutalnie
ciśnięty o ścianę; aż mnie zamroczyło z bólu.
Słyszałem, że
ojciec miota przekleństwa i kopie mnie po brzuchu i twarzy. Czułem
w ustach słodką krew. W uszach szumiało mi, nie na tyle jednak,
bym nie usłyszał wściekłego krzyku przyjaciela.
-Ilraen, nie… -
chciałem powiedzieć, lecz ani jedno słowo nie wydobyło się
spomiędzy moich nabrzmiałych warg. Ojciec przestał mnie okładać
i kopać. Usłyszałem głuchy dźwięk, jakby ktoś upadł…
A potem ktoś mnie
podniósł. Dotyk był delikatny, choć jednocześnie zdecydowany.
-Ilraen…
-Chodź, Erius. Nie
możesz tu zostać.
-Co się stało?
Otworzyłem oczy i z
trudem odwróciłem głowę. Zobaczyłem, że ojciec leży bez ruchu
na podłodze.
-Ilraen, co ty…?
-Musiałem
zainterweniować. Nie mogłem już tego wytrzymać. Nie chciałem
stracić kolejnej osoby, którą kocham.
W jego oczach
zalśniły łzy.
-Nie wiem, dlaczego
go zabiłem. Nie zamierzałem tego zrobić. Uderzyłem go, ale nie
był to szczególnie silny cios. Wiesz, co to oznacza?
-Nadludzka siła? -
wydusiłem, wstrząśnięty. - Jedna z odziedziczonych mocy…?
-Na to wygląda… -
przyznał cicho równie przerażony Ilraen.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Ale przyjaciel zrobił to, by mnie chronić. Nie mogłem go za to winić. Szczerze mówiąc, na myśl o śmierci ojca odczułem niezbyt szlachetną, ale prawdziwą i szczerą ulgę. To były ostatnie rany, jakie mi zadał. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie pomógł mi Ilraen.
-Dziękuję - powiedziałem. Podejrzewałem, jak ciężkie musiały być dla Ilraena wydarzenia tego dnia. Najpierw śmierć ukochanego ojca, a teraz to...
Uścisnąłem go, lekceważąc uporczywy ból zadanych ran. Poczułem, że przyjaciel drży od wstrzymywanego szlochu.
-Dlaczego ty nigdy nie możesz przy mnie otwarcie zapłakać? - uśmiechnąłem się, czując łzy spływające po moich policzkach.
sobota, 27 czerwca 2015
Rozdzial 2
Dach mojego domu to najlepszy punkt obserwacyjny, jaki znam. Łatwo się tu dostać, a widok roztacza się na tę część miasta i pobliski sad z gorącymi źródłami, w których wygrzewał się teraz Erius. Był dla mnie jak brat. Trochę się mazał i użalał nad sobą, ale był nieocenionym towarzyszem zabaw. Mimo, że między nami jest pięć lat różnicy, w ogóle tego nie czuję. Jest starszy, ale co z tego, skoro razem czujemy się tak wspaniale? Widzę, jak cieszy się z każdej chwili spędzonej z nami, spędzonej poza domem, w którym toczyło się istne piekło.
Od kiedy zmarła jego matka, ojciec się rozpił i zamienił jego życie w koszmar na jawie. Martwię się o niego i chcę, aby było mu z nami jak najlepiej.
-Tato, czy Erius może u nas trochę pomieszkać? - spytałem któregoś razu, gdy zauważyłem, że powiększyła się kolekcja jego sińców i stłuczeń. Nie chciałem, by tam wracał. Nie teraz, gdy potrzebował mojego towarzystwa, opieki. Ojciec pokiwał głową z uśmiechem i przytknął swoje czoło do mojego, patrząc mi w oczy. Był to gest największej miłości, jaką znają ludzie.
-Masz dobre serce, Ilraen. Oby nie zmieniło się w lód, gdy wyjdziesz już na ten pełen zła i niesprawiedliwości świat.
Mama go skarciła twierdząc, że przez niego nie będę mógł w nocy spokojnie zasnąć.
Erius jest naprawdę odważny. Ja już dawno uciekłbym z tego horroru zwanego domem, gdybym był na jego miejscu. Ale on zawsze tam wraca twierdząc, że ojciec go potrzebuje, że bez niego zginie z głodu. Osobiście uważam, że tak by było lepiej dla wszystkich, ale on wtedy mi przerywa i mówi, że nieważne, jak złą ktoś jest osobą, wciąż należy mu się szacunek i opieka. Ma tupet.
Rzuciłem z gniewem szyszką, którą znalazłem na dachu. To przecież nie ma sensu! Jak można opiekować się i wciąż kochać osobę, która cie bije i pragnie jedynie pogrążyć się w smutkach, bądź alkoholowym śnie. Sfrustrowany zgrzytnąłem zębami. Mimo, że czułem na sobie wzrok Eriusa, nie spojrzałem w jego stronę. Nie wiem, jak on to robił, ale doskonale wiedział, kiedy o nim myślę, kiedy się nim denerwuję, bądź kiedy jestem sfrustrowany. Czyta ze mnie jak z otwartej księgi, gdy on doskonale potrafi ukryć przede mną swoje uczucia. To takie denerwujące!
Tata niknął w oczach. Martwiłem się. Bardzo. Osiągał już wiek dwudziestu pięciu lat. Wiek próby. W moim sercu rodził się strach. A co, jeśli nie przetrwa? Co jeśli jego ciało nie zaakceptuje mocy, która drzemie w nas od trzech pokoleń? Co, jeśli go nam zabraknie? Pozostanę jedynym mężczyzną w tym domu, na mnie spadną obowiązki głowy rodziny... a ja mam dopiero jedenaście lat...!
Siedział na fotelu. Pamiętam to jak dziś... była pełnia. Wgramoliłem mu się na kolana i przytuliłem mocno.
-Chcę ci coś pokazać - uśmiechnął się z czułością i wstał, biorąc mnie na ręce. Wtuliłem się w niego tak, jakby to były nasze ostatnie chwile. Ruszyliśmy w stronę lasu, w którym jedynie gdzieniegdzie prześwitywało między liściami światło księżyca. Rozglądałem się uważnie. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce, czułem mrowienie w piersi, a włoski na karku stanęły mi dęba.
-Czujesz to, prawda? - szepnął, a ja skinąłem głową - To jest miejsce mocy. Tylko my możemy tu być. Każdy inny boi się tego miejsca, choć sam nie wie, dlaczego. Tu jest coś, co jest ukryte dla ciebie. Proszę cię, abyś przyszedł tu po mojej śmierci i to wziął. Jest ukryte tu.
Wskazał palcem na wydrążony kamień, lecz nie pozwolił mi podejść bliżej by zobaczyć, cóż takiego skrywa ta skała. Gdy poprosił mnie, bym przysiągł, że zabiorę stąd jego skarb, złożyłem na jego ręce obietnicę. Jego twarz rozjaśnił uśmiech i porwał mnie w ramiona, po czym wróciliśmy do domu. Obaj zasnęliśmy niemal natychmiast. Ja na nim. Wtuleni w siebie. On chroniący mnie przed mrokiem i złem nocy.
Gdy obudziłem się rano, pierwsze co zauważyłem to brak silnego, bezpiecznego uścisku ojca. Spojrzałem na niego. Twarz miał spokojną, lecz bladą. Na ustach tańczył słaby, niemal nierealny uśmiech. Gdy dotknąłem jego policzka, jedyne co poczułem, to przejmujący chłód. Do oczu zaczęły wciskać się łzy, które chwilę potem popłynęły po mej twarzy. Zostawił mnie, a wczorajszy wieczór był naszym pożegnaniem. Nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa, jęku, czy szlochu. Łkałem bezgłośnie, patrząc w martwe, nieruchome oblicza najważniejszej osoby mojego świata. Wstałem i niczym we śnie, ruszyłem ku miejscu mocy, by dopełnić przysięgi złożonej ojcu. Uklęknąłem przy głazie i zanurzyłem rękę w wyżłobieniu. Palce odnalazły jakiś dziwny, podłużny przedmiot, który natychmiast chwyciłem i wyjąłem. Mimo szczelnego kokonu materiału, już wiedziałem, co to było.
Odwinąłem delikatnie, niemal z namaszczeniem poły sayi, odsłaniając piękną klingę. Eleneas... miecz ducha Ognia. Ostatnia pamiątka po mym ojcu.
Od kiedy zmarła jego matka, ojciec się rozpił i zamienił jego życie w koszmar na jawie. Martwię się o niego i chcę, aby było mu z nami jak najlepiej.
-Tato, czy Erius może u nas trochę pomieszkać? - spytałem któregoś razu, gdy zauważyłem, że powiększyła się kolekcja jego sińców i stłuczeń. Nie chciałem, by tam wracał. Nie teraz, gdy potrzebował mojego towarzystwa, opieki. Ojciec pokiwał głową z uśmiechem i przytknął swoje czoło do mojego, patrząc mi w oczy. Był to gest największej miłości, jaką znają ludzie.
-Masz dobre serce, Ilraen. Oby nie zmieniło się w lód, gdy wyjdziesz już na ten pełen zła i niesprawiedliwości świat.
Mama go skarciła twierdząc, że przez niego nie będę mógł w nocy spokojnie zasnąć.
Erius jest naprawdę odważny. Ja już dawno uciekłbym z tego horroru zwanego domem, gdybym był na jego miejscu. Ale on zawsze tam wraca twierdząc, że ojciec go potrzebuje, że bez niego zginie z głodu. Osobiście uważam, że tak by było lepiej dla wszystkich, ale on wtedy mi przerywa i mówi, że nieważne, jak złą ktoś jest osobą, wciąż należy mu się szacunek i opieka. Ma tupet.
Rzuciłem z gniewem szyszką, którą znalazłem na dachu. To przecież nie ma sensu! Jak można opiekować się i wciąż kochać osobę, która cie bije i pragnie jedynie pogrążyć się w smutkach, bądź alkoholowym śnie. Sfrustrowany zgrzytnąłem zębami. Mimo, że czułem na sobie wzrok Eriusa, nie spojrzałem w jego stronę. Nie wiem, jak on to robił, ale doskonale wiedział, kiedy o nim myślę, kiedy się nim denerwuję, bądź kiedy jestem sfrustrowany. Czyta ze mnie jak z otwartej księgi, gdy on doskonale potrafi ukryć przede mną swoje uczucia. To takie denerwujące!
Tata niknął w oczach. Martwiłem się. Bardzo. Osiągał już wiek dwudziestu pięciu lat. Wiek próby. W moim sercu rodził się strach. A co, jeśli nie przetrwa? Co jeśli jego ciało nie zaakceptuje mocy, która drzemie w nas od trzech pokoleń? Co, jeśli go nam zabraknie? Pozostanę jedynym mężczyzną w tym domu, na mnie spadną obowiązki głowy rodziny... a ja mam dopiero jedenaście lat...!
Siedział na fotelu. Pamiętam to jak dziś... była pełnia. Wgramoliłem mu się na kolana i przytuliłem mocno.
-Chcę ci coś pokazać - uśmiechnął się z czułością i wstał, biorąc mnie na ręce. Wtuliłem się w niego tak, jakby to były nasze ostatnie chwile. Ruszyliśmy w stronę lasu, w którym jedynie gdzieniegdzie prześwitywało między liściami światło księżyca. Rozglądałem się uważnie. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce, czułem mrowienie w piersi, a włoski na karku stanęły mi dęba.
-Czujesz to, prawda? - szepnął, a ja skinąłem głową - To jest miejsce mocy. Tylko my możemy tu być. Każdy inny boi się tego miejsca, choć sam nie wie, dlaczego. Tu jest coś, co jest ukryte dla ciebie. Proszę cię, abyś przyszedł tu po mojej śmierci i to wziął. Jest ukryte tu.
Wskazał palcem na wydrążony kamień, lecz nie pozwolił mi podejść bliżej by zobaczyć, cóż takiego skrywa ta skała. Gdy poprosił mnie, bym przysiągł, że zabiorę stąd jego skarb, złożyłem na jego ręce obietnicę. Jego twarz rozjaśnił uśmiech i porwał mnie w ramiona, po czym wróciliśmy do domu. Obaj zasnęliśmy niemal natychmiast. Ja na nim. Wtuleni w siebie. On chroniący mnie przed mrokiem i złem nocy.
Gdy obudziłem się rano, pierwsze co zauważyłem to brak silnego, bezpiecznego uścisku ojca. Spojrzałem na niego. Twarz miał spokojną, lecz bladą. Na ustach tańczył słaby, niemal nierealny uśmiech. Gdy dotknąłem jego policzka, jedyne co poczułem, to przejmujący chłód. Do oczu zaczęły wciskać się łzy, które chwilę potem popłynęły po mej twarzy. Zostawił mnie, a wczorajszy wieczór był naszym pożegnaniem. Nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa, jęku, czy szlochu. Łkałem bezgłośnie, patrząc w martwe, nieruchome oblicza najważniejszej osoby mojego świata. Wstałem i niczym we śnie, ruszyłem ku miejscu mocy, by dopełnić przysięgi złożonej ojcu. Uklęknąłem przy głazie i zanurzyłem rękę w wyżłobieniu. Palce odnalazły jakiś dziwny, podłużny przedmiot, który natychmiast chwyciłem i wyjąłem. Mimo szczelnego kokonu materiału, już wiedziałem, co to było.
Odwinąłem delikatnie, niemal z namaszczeniem poły sayi, odsłaniając piękną klingę. Eleneas... miecz ducha Ognia. Ostatnia pamiątka po mym ojcu.
piątek, 26 czerwca 2015
Rozdzial 1
Ogień
powoli dogasał w kominku, choć jego ciepło wciąż rozchodziło
się po drewnianym, ubogim domu na uboczu miasta. Wysoki, smukły
mężczyzna wstał niechętnie, po czym dorzucił drwa do kominka.
Zza jego pleców wychylił się równie smukły chłopiec,
spoglądający na poczynania ojca z ciekawością. Ilraen Mercuto.
Mój przyjaciel.
Nazywam
się Erius Fort i naprawdę się boję. Boję się wielu rzeczy, choć
nie jestem przecież tchórzem. Sam Ilraen to powiedział. Być może
nie posuwam się do tak karkołomnych wyczynów, jak on – nie
potrafię wspiąć się na dach jego domu, wyjść w nocy do lasu.
Uznał jednak, że jestem odważny. I to bardzo, skoro ośmielam się
mu sprzeciwiać i przerywać jego brawurowe, niebezpieczne przygody.
Ja po prostu sądzę, że taka powinna być moja rola. Ktoś powinien
chronić Ilraena, a tym kimś chciałbym być ja.
Boję
się powrócić do domu, do ojca. Znów na mnie nakrzyczy, znów
podniesie na mnie rękę. Dowiedział się o mojej przyjaźni z
rodziną Ilraena. Uważa to za hańbę, jako iż to właśnie przodek
Ilraena spowodował tragedię dla rodu ognia. Niech mówi, co chce.
Rodzina Ilraena jest dużo więcej warta, niż on. Nie chcę tam
wracać, tu jest najlepiej.
Boję
się chwili, w której Ilraen doczeka wieku dwudziestu pięciu lat.
To będzie koniec. Umrze, jak każdy z jego rodziny, kto naznaczony
został dziedzictwem. Jego ojciec zbliża się nieubłaganie do tego
przeklętego wieku. W jego oczach dostrzegam związany z tym strach,
ale również coś na kształt pokory. Pogodził się ze swoim losem.
Bardziej to czuję, niż wiem. Jestem lepszym obserwatorem, niż
myślą.
Ilraen
chwycił ojca za ramię i odprowadził od kominka. Wpatrywał się w
niego swymi przenikliwymi oczyma. O co znów chce zapytać? Znam go
na tyle, że wiem, iż coś go teraz trapi.
-Tato,
w jaki sposób można zwrócić rodzinie ognia należną jej pozycję?
Jakiż
on mądry. Nie interesują go jedynie harce i bezmyślne wygłupy.
Słucham w napięciu. Mnie także nurtuje to pytanie.
-W
jaki sposób? - westchnął mężczyzna. - Obawiam się, że nie ma
takiej możliwości. Los tej rodziny przypieczętowała nasza
przodkini. Popełniła niewybaczalny z perspektywy innych występek.
Jego efekty są widoczne po dziś dzień…
Spojrzał
na syna ze smutkiem.
-Nie
myśl nad tym. Idź się lepiej pobawić.
Wzrok
Ilraena dobitnie świadczy o tym, że się nie podda. Podziwiam jego
upór. Szczerze mówiąc, ja sam nie mam pomysłu, w jaki sposób
można pogodzić ród ognia zresztą królestwa. Czy to się da w
ogóle zrobić?
-Zobaczysz,
że to możliwe – odparł Ilraen, jakby potrafił czytać w moich
myślach. - Sam tego dokonam.
Minęliśmy
matkę mojego przyjaciela, Ashiyę, oraz jego siostrę, Nukę. Wzrok
Nuki staje się zimny, ilekroć na nas spogląda. Mimo sympatii, jaką
darzę rodzinę Mercuto, wolałbym nie mieć z Nuką zbyt wiele do
czynienia.
Cieszę
się, że Ilraen ma wiele zapału. Jakiekolwiek będą jego
poczynania, i tak go poprę. Nawet, gdybyśmy mieli zmierzyć się z
całym królestwem. A kto wie, czy do tego kiedyś nie dojdzie.
czwartek, 25 czerwca 2015
Prolog.
Księżyc w pełni wznosił się już ponad lasem, a Aryara wciąż galopowała na swym karym wierzchowcu. Ani myślała wracać teraz do domu - przecież noc była jeszcze młoda, a ona, piękna, pełna energii dziewczyna nie potrzebowała jeszcze snu. Nie była już przecież małą dziewczynką, która kładła się do snu wraz z pierwszą gwiazdką.
Uniosła głowę i czując wiatr we włosach zaśmiała się radośnie. Czuła się wolna. Naprawdę wolna jak ptak. Oswobodziła się wreszcie z kajdan etykiety, dworskiego życia i wszelkich innych niedogodności, które zsyłał na nią jej wymagający ojciec. Nie była swoją matką. Kochała przyrodę, las, do którego zabroniono jej chodzić po tym, jak ród Wody próbował ją porwać. Co z tego? Już potrafiła władać szpadą. Potrafiła się obronić. Bez trudu, bez mrugnięcia nawet okiem pokonywała swojego zgrzybiałego instruktora szermierki, Tettasa. Co jej tu mogło grozić? Nic, z czym by sobie nie poradziła. Już widziała minę swojej opiekunki, gdy wróci do domu. Po plecach przebiegł jej dreszcz ekscytacji. Stara matrona zawsze trzymała ją krótko, nie pozwalając nawet na odrobinę zabawy. Młoda Aryara uwielbiała pokazywać tej wiedźmie, że silnej i zdrowej duszy nie da się stłumić gorsetami, sukniami. Nie da się jej zapiąć w okowy spinek, gumek i ozdóbek do włosów. Ona była dzieckiem lasu mimo, że w sercu płonął prawdziwy, żywy Ogień. Miała wydać na świat następce rodu Mercuto, poskramiaczy tego potężnego żywiołu. Co z tego, że nie miała najmniejszej ochoty na rodzenie dzieci? Taki był jej obowiązek i kropka, bo przecież nikt jej nie pytał o zdanie.
- Już ja im pokażę - burknęła do siebie - Ucieknę stąd kiedyś i zobaczą, że nie pozwolę sobą manipulować. Chcę być wreszcie wolna, móc decydować o sobie!
Spojrzała w gwiazdy, jakby te klejnoty porozrzucane na czarnym jedwabiu nocy mogły przyznać jej rację. Te mrugały jedynie srebrzystym blaskiem, patrząc obojętnie.
Zaczynało już świtać, a Aryara nadal buszowała ze swym wierzchowcem po lesie. Nie znała już tych okolic, więc rozglądała się nerwowo. Biegała wzrokiem w te i we w te, szukając jakichkolwiek znajomo wyglądających drzew, czy kamieni. Ale nic nie wyglądało znajomo. Serce tłukło się w jej piersi ze strachu, a wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem konia, nie dodawała jej otuchy. Pierwszy raz od kiedy pamiętała, zatęskniła za tymi pełnymi przepychu salami, pokojówkami, oraz ciepłego kominka w swojej sypialni. Teraz jej ostoja wolności stała się klatką, z której nie potrafiła się wydostać, lub choćby odnaleźć drogi do furtki.
Trzask.
Dziewczyna obróciła się gwałtownie, a pukle czarnych jak heban włosów przesypały się za jej ramię. Koń zastrzygł uszami i zaczął niepewnie dreptać w miejscu. Coś się zbliżało. Nie musiała tego widzieć. Czuła to samą sobą.
Wpiła pięty w boki ogiera, który wystrzelił w przód z dzikim kwikiem.
Jedna myśl kołacząca się w głowie. Jedna jedyna, niczym ostatni oddech umierającego. Jedyna, niczym pierwszy oddech nowo narodzonego dziecka. Uciekać. Jak najszybciej, jak najdalej.
Gałęzie smagające w pędzie jej twarz. Tętent kopyt galopującego, przerażonego konia. I tłuczące się niczym młot serce.
Uciekać.
Koń stanął dęba, a ona spadła. Cóż innego mogła zrobić? Poderwała się na równe nogi i próbuje złapać konia, lecz ten, pędzony strachem niczym przez samego Kostuchę, biegnie już dalej, zostawiając samą i bezbronną dziewczynę na pastwę dzikich zwierząt.
Podkasała poły sukni i zaczęła uciekać. Biegła najszybciej jak mogła, ale wiedziała, że to nie dość szybko. Jeśli to wilki, dopadną ją i zagryzą bez litości. Jeśli niedźwiedź, tak samo.
I przebłysk tych resztek trzeźwego myślenia.
Na drzewo. Tylko tam będziesz bezpieczna. Wilki i niedźwiedzie nie potrafią się wspinać. Dopadła najbliższego drzewa i nieporadnie zaczęła gramolić się na najbliższą gałąź. To nie takie proste, gdy ma się na sobie tyle materiałów!
Usłyszała warkot, ale była zbyt przerażona, by obejrzeć się za siebie. Nie było na to czasu, przecież musiała się ratować!
Ile by teraz dała za pomoc! Nawet tego starego pryka, Tettasa!
Zwierzęta dopadły drzewa. Szkarłatne ślepia, pełne ostrych kłów szczęki. Koszmar na jawie. Strzępy rozdartej sukni spadały między wilki. Z jej ust wyrwał się krzyk.
Ów wrzask, pełen przerażenia i rozpaczy dotarł do uszu młodego chłopaka. Zaintrygowany podążył w stronę, skąd dobiegał. Mało kto zapuszczał się w te rejony, a on sam już od bardzo dawna nie widział żadnego człowieka. Dishti wziął swój miecz, umocował go u boku i udał się w dzicz, którą nazywał domem. Wyszedł na polanę, gdzie swe leże miały wilki i ujrzał całą gromadę stłoczoną wokół jednego drzewa. To stare drzewo służyło za dom wielu ptakom, wiewiórkom i owadom, ale jeszcze nigdy chłopak nie widział na nim człowieka. I to dziewczyny!
Przekrzywił głowę widząc, jak dziwnie jest ubrana. Pełno falbanek, fałdek, kokardek, buty na jakichś dziwnych patykach, który strasznie musiał przeszkadzać w chodzeniu. Nie mógł zrozumieć, jak taki cudak znalazł się w jego domu. W najmniej zbadanej głuszy Krysp.
- Pomógłbyś mi, panie! - spośród kupy ozdóbek i koronek dał się słyszeć pełen przerażenia pisk.
- Weszłaś na ich terytorium.
- Przepraszam, nie wiedziałam! Zgubiłam się!
Dishti pokręcił głową z rozbawieniem. Wiedział bowiem, że ta sfora nie zagraża nikomu i niczemu. To były jeszcze szczenięta, szukające jedynie zabawy. Włożył więc dwa palce do ust i zagwizdał przeciągle. Psy zamarły, po czym ruszyły w jego stronę piszcząc i merdając radośnie ogonami. Aryara patrzyła z szeroko otwartymi oczami i ustami na kupę szczęśliwego futra, które jeszcze chwilę temu chciało ją zagryźć.
Dwa dni spędziła z Dishtim i jego sforą. Nie wiedziała, że w lesie Krysp żył ktoś taki jak on. Był opalony, dobrze zbudowany. Musiał taki być, skoro mieszkał sam w tej głuszy, mając do towarzystwa jedynie sforę rozbrykanych wilcząt. Jej niebieskie oczy wciąż szukały spojrzenia tych srebrnych, tajemniczych, w kształcie migdałów.
Był piękny.
W wielu książkach, które czytała, miała do czynienia z romansami, których bohaterowie byli pod każdym względem idealni, ale to...! O bogowie! W jej oczach zdawał się być jednym z legendarnych herosów, którzy chodzili po tych ziemiach tysiące lat przed ludźmi.
Uniósł na nią wzrok, a jej serce zamarło. Widziała w jego oczach błysk pożądania. Więc i on kochał ją. Romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia.
Rozmawiali długo. Bardzo długo. Ona poznała jego przeszłość, a on jej. Nie obchodziły ich rzeczy, które nie pozwalały im być ze sobą. Jej to nie obchodziło. Była gotowa porzucić swoje doczesne życie, byleby być z nim. Co z tego, że był Clarytem, istotą zmiennokształtną? Co zmieniał ten fakt? Wiedziała, że to była jego najprawdziwsza z postaci. Nie musiał jej tego mówić, bo czuła to samą sobą.
Nim minął rok, złączyli się w jedno, a Aryara na dobre pogrążyła swój ród. Poczęła dziecko. Hybrydę. Obrzydliwość. Ludzie jej ojca znaleźli ją i jej syna, lecz zamiast zabić oboje na miejscu, postanowili zabrać oboje do swego pana. Pech chciał, że napotkali poselstwo króla. Czemu bogowie tak okrutnie potraktowali dziewczynę kochającą zakazaną miłością? Czemuż los nie mógł oszczędzić wstydu głowie rodu Mercuto?
Król wydał wyrok. Za złamanie praw natury, za przyzwolenie na życie obrzydliwości i jej matki, wielka rodzina, która poskromiła Ogień, została pozbawiona swych przywilejów i pozycji. Zostali zdegradowani do zwykłego zaścianka, zubożałej pozostałości szlachty, a ich miejsce zajęli Astosi. Ojciec Aryary zmarł ze zgryzoty, a dziewczyna, wraz z Dishtim wychowywała dziecko.
Chcę odzyskać to, co należy się mej rodzinie. Pragnę odzyskać pozycję i należne mi miejsce wśród ludu Enrilth. Ja, Ilraen Mercuto. Srebrny Smok. Mimo tego, że jestem obrzydliwością.
Uniosła głowę i czując wiatr we włosach zaśmiała się radośnie. Czuła się wolna. Naprawdę wolna jak ptak. Oswobodziła się wreszcie z kajdan etykiety, dworskiego życia i wszelkich innych niedogodności, które zsyłał na nią jej wymagający ojciec. Nie była swoją matką. Kochała przyrodę, las, do którego zabroniono jej chodzić po tym, jak ród Wody próbował ją porwać. Co z tego? Już potrafiła władać szpadą. Potrafiła się obronić. Bez trudu, bez mrugnięcia nawet okiem pokonywała swojego zgrzybiałego instruktora szermierki, Tettasa. Co jej tu mogło grozić? Nic, z czym by sobie nie poradziła. Już widziała minę swojej opiekunki, gdy wróci do domu. Po plecach przebiegł jej dreszcz ekscytacji. Stara matrona zawsze trzymała ją krótko, nie pozwalając nawet na odrobinę zabawy. Młoda Aryara uwielbiała pokazywać tej wiedźmie, że silnej i zdrowej duszy nie da się stłumić gorsetami, sukniami. Nie da się jej zapiąć w okowy spinek, gumek i ozdóbek do włosów. Ona była dzieckiem lasu mimo, że w sercu płonął prawdziwy, żywy Ogień. Miała wydać na świat następce rodu Mercuto, poskramiaczy tego potężnego żywiołu. Co z tego, że nie miała najmniejszej ochoty na rodzenie dzieci? Taki był jej obowiązek i kropka, bo przecież nikt jej nie pytał o zdanie.
- Już ja im pokażę - burknęła do siebie - Ucieknę stąd kiedyś i zobaczą, że nie pozwolę sobą manipulować. Chcę być wreszcie wolna, móc decydować o sobie!
Spojrzała w gwiazdy, jakby te klejnoty porozrzucane na czarnym jedwabiu nocy mogły przyznać jej rację. Te mrugały jedynie srebrzystym blaskiem, patrząc obojętnie.
Zaczynało już świtać, a Aryara nadal buszowała ze swym wierzchowcem po lesie. Nie znała już tych okolic, więc rozglądała się nerwowo. Biegała wzrokiem w te i we w te, szukając jakichkolwiek znajomo wyglądających drzew, czy kamieni. Ale nic nie wyglądało znajomo. Serce tłukło się w jej piersi ze strachu, a wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem konia, nie dodawała jej otuchy. Pierwszy raz od kiedy pamiętała, zatęskniła za tymi pełnymi przepychu salami, pokojówkami, oraz ciepłego kominka w swojej sypialni. Teraz jej ostoja wolności stała się klatką, z której nie potrafiła się wydostać, lub choćby odnaleźć drogi do furtki.
Trzask.
Dziewczyna obróciła się gwałtownie, a pukle czarnych jak heban włosów przesypały się za jej ramię. Koń zastrzygł uszami i zaczął niepewnie dreptać w miejscu. Coś się zbliżało. Nie musiała tego widzieć. Czuła to samą sobą.
Wpiła pięty w boki ogiera, który wystrzelił w przód z dzikim kwikiem.
Jedna myśl kołacząca się w głowie. Jedna jedyna, niczym ostatni oddech umierającego. Jedyna, niczym pierwszy oddech nowo narodzonego dziecka. Uciekać. Jak najszybciej, jak najdalej.
Gałęzie smagające w pędzie jej twarz. Tętent kopyt galopującego, przerażonego konia. I tłuczące się niczym młot serce.
Uciekać.
Koń stanął dęba, a ona spadła. Cóż innego mogła zrobić? Poderwała się na równe nogi i próbuje złapać konia, lecz ten, pędzony strachem niczym przez samego Kostuchę, biegnie już dalej, zostawiając samą i bezbronną dziewczynę na pastwę dzikich zwierząt.
Podkasała poły sukni i zaczęła uciekać. Biegła najszybciej jak mogła, ale wiedziała, że to nie dość szybko. Jeśli to wilki, dopadną ją i zagryzą bez litości. Jeśli niedźwiedź, tak samo.
I przebłysk tych resztek trzeźwego myślenia.
Na drzewo. Tylko tam będziesz bezpieczna. Wilki i niedźwiedzie nie potrafią się wspinać. Dopadła najbliższego drzewa i nieporadnie zaczęła gramolić się na najbliższą gałąź. To nie takie proste, gdy ma się na sobie tyle materiałów!
Usłyszała warkot, ale była zbyt przerażona, by obejrzeć się za siebie. Nie było na to czasu, przecież musiała się ratować!
Ile by teraz dała za pomoc! Nawet tego starego pryka, Tettasa!
Zwierzęta dopadły drzewa. Szkarłatne ślepia, pełne ostrych kłów szczęki. Koszmar na jawie. Strzępy rozdartej sukni spadały między wilki. Z jej ust wyrwał się krzyk.
Ów wrzask, pełen przerażenia i rozpaczy dotarł do uszu młodego chłopaka. Zaintrygowany podążył w stronę, skąd dobiegał. Mało kto zapuszczał się w te rejony, a on sam już od bardzo dawna nie widział żadnego człowieka. Dishti wziął swój miecz, umocował go u boku i udał się w dzicz, którą nazywał domem. Wyszedł na polanę, gdzie swe leże miały wilki i ujrzał całą gromadę stłoczoną wokół jednego drzewa. To stare drzewo służyło za dom wielu ptakom, wiewiórkom i owadom, ale jeszcze nigdy chłopak nie widział na nim człowieka. I to dziewczyny!
Przekrzywił głowę widząc, jak dziwnie jest ubrana. Pełno falbanek, fałdek, kokardek, buty na jakichś dziwnych patykach, który strasznie musiał przeszkadzać w chodzeniu. Nie mógł zrozumieć, jak taki cudak znalazł się w jego domu. W najmniej zbadanej głuszy Krysp.
- Pomógłbyś mi, panie! - spośród kupy ozdóbek i koronek dał się słyszeć pełen przerażenia pisk.
- Weszłaś na ich terytorium.
- Przepraszam, nie wiedziałam! Zgubiłam się!
Dishti pokręcił głową z rozbawieniem. Wiedział bowiem, że ta sfora nie zagraża nikomu i niczemu. To były jeszcze szczenięta, szukające jedynie zabawy. Włożył więc dwa palce do ust i zagwizdał przeciągle. Psy zamarły, po czym ruszyły w jego stronę piszcząc i merdając radośnie ogonami. Aryara patrzyła z szeroko otwartymi oczami i ustami na kupę szczęśliwego futra, które jeszcze chwilę temu chciało ją zagryźć.
Dwa dni spędziła z Dishtim i jego sforą. Nie wiedziała, że w lesie Krysp żył ktoś taki jak on. Był opalony, dobrze zbudowany. Musiał taki być, skoro mieszkał sam w tej głuszy, mając do towarzystwa jedynie sforę rozbrykanych wilcząt. Jej niebieskie oczy wciąż szukały spojrzenia tych srebrnych, tajemniczych, w kształcie migdałów.
Był piękny.
W wielu książkach, które czytała, miała do czynienia z romansami, których bohaterowie byli pod każdym względem idealni, ale to...! O bogowie! W jej oczach zdawał się być jednym z legendarnych herosów, którzy chodzili po tych ziemiach tysiące lat przed ludźmi.
Uniósł na nią wzrok, a jej serce zamarło. Widziała w jego oczach błysk pożądania. Więc i on kochał ją. Romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia.
Rozmawiali długo. Bardzo długo. Ona poznała jego przeszłość, a on jej. Nie obchodziły ich rzeczy, które nie pozwalały im być ze sobą. Jej to nie obchodziło. Była gotowa porzucić swoje doczesne życie, byleby być z nim. Co z tego, że był Clarytem, istotą zmiennokształtną? Co zmieniał ten fakt? Wiedziała, że to była jego najprawdziwsza z postaci. Nie musiał jej tego mówić, bo czuła to samą sobą.
Nim minął rok, złączyli się w jedno, a Aryara na dobre pogrążyła swój ród. Poczęła dziecko. Hybrydę. Obrzydliwość. Ludzie jej ojca znaleźli ją i jej syna, lecz zamiast zabić oboje na miejscu, postanowili zabrać oboje do swego pana. Pech chciał, że napotkali poselstwo króla. Czemu bogowie tak okrutnie potraktowali dziewczynę kochającą zakazaną miłością? Czemuż los nie mógł oszczędzić wstydu głowie rodu Mercuto?
Król wydał wyrok. Za złamanie praw natury, za przyzwolenie na życie obrzydliwości i jej matki, wielka rodzina, która poskromiła Ogień, została pozbawiona swych przywilejów i pozycji. Zostali zdegradowani do zwykłego zaścianka, zubożałej pozostałości szlachty, a ich miejsce zajęli Astosi. Ojciec Aryary zmarł ze zgryzoty, a dziewczyna, wraz z Dishtim wychowywała dziecko.
Chcę odzyskać to, co należy się mej rodzinie. Pragnę odzyskać pozycję i należne mi miejsce wśród ludu Enrilth. Ja, Ilraen Mercuto. Srebrny Smok. Mimo tego, że jestem obrzydliwością.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)