Podróż mijała bardzo powoli. Nie musiałem jednak iść pieszo - udało mi się załapać na transport węgla do stolicy, więc nie narzekałem. Na piechotę ten dystans pokonałbym w minimum dwa tygodnie, a dzięki tej okazji dotrę do Galath za plus minus 5 godzin.
Pogrążyłem się w myślach.
Erius zapytał mnie kiedyś, dlaczego moja rodzina, Mercuto, straciła swoją pozycję i łaskę ówczesnego monarchy. Otóż moja przodkini, Aryara, popełniła niedopuszczalny czyn, związując się z Clarytem o imieniu Dishti. Z tego związku narodziła się hybryda. Takie stworzenia jak ja nazywane są obrzydliwością. Nie ma nic ohydniejszego niż mieszanka człowieka z jakąś nadnaturalną istotą, prawda?
Najgorsze, najgroźniejsze i najstraszniejsze jest to, czego nie znamy. Tego obawiamy się najbardziej. Gdyby ludzie pojęli, że Claryci to jedynie zmiennokształtne, nie robiące nikomu krzywdy istoty... a traktowani są jak przestępcy, bandyci, albo te bezmyślne, pijące krew Jeryty. W przeciwieństwie do nich, Claryci nie zabijają. Ale co z tego? Wszyscy nadnaturalni zostali wrzuceni do jednego worka, bez uprzedniego rozeznania się, poznania, kto jest kim i czy stanowi jakieś zagrożenie...
Zacisnąłem pięści. Przez takie głupie uprzedzenia wiele rodów, nie tylko mój, zostały przyrównane do zaścianka, nawet chłopstwa, a wiele istnień zostało po prostu stracone...
Tak nie powinno być!
Pragnę udowodnić wszystkim, że nie każdy nadnaturalny sieją postrach, śmierć i zniszczenie.
Przywrócić dobre imię rodu Mercuto, ale także tych niesprawiedliwie potraktowanych. A nie mam na to zbyt wiele czasu...
W wieku 25 lat w organizmie Claryta powstaje toksyna, która wykorzystywana jest do obrony jako jad. Wymaga to dużo siły, której po wymieszaniu krwi nadnaturalnego i człowieka, po prostu braknie. Hybrydy najczęściej nie przeżywają, giną od tej trucizny. Jak mój ojciec... dziadek... i pewnego dnia ja. Dlatego wyruszyłem już teraz. By nie tracić czasu i wypełnić tę nigdy nie wypowiedzianą przysięgę.
W sercu czułem żal. Żal za utraconym ojcem i porzuconym przyjacielem. Ale tak musiało być.
Takie jest moje przeznaczenie.
Do Galath zajechaliśmy o zmierzchu. Miasto raziło oczy bielą budynków i szkarłatem domów. W jego centrum wznosił się majestatyczny pałac monarchy. Był piękny. Rozumiałem już, dlaczego Galath architektura zachowała się jeszcze z czasów, zanim ludzie opanowali żywioły. Świadczyły o tym masywne mury obronne mające chronić mieszkańców przed żywiołakami i duchami z lasów. Teraz nie są już potrzebne, a wszystko przez ludzi... Ich ekspansja spowodowała wyniszczenie buszów, a święte miejsca i źródła mocy straciły swą magię...
Jeśli tak dalej pójdzie, istoty nadnaturalne, jak Claryci, również zostaną zmieceni z powierzchni ziemi. Zacisnąłem zęby, starając się opanować.
Zatrzymałem się w jednej z gospód na zewnętrznych rubieżach miasta. Nie chciałem rzucać się za bardzo w oczy, gdyż od razu było widać, że nie jestem człowiekiem.
Usiadłem przy najdalszym stoliku i zamówiłem zieloną herbatę. Podziękowałem uprzejmie kelnerce, gdy przyniosła dzbanek i gliniany kubeczek.
Zauważyłem, że ku mnie idzie jakiś rosły i dobrze zbudowany mężczyzna. Usiadł obok mnie bez słowa i nalał sobie herbaty.
- Przepraszam, ale to moja herbata - mruknąłem najuprzejmiej jak tylko byłem w stanie - Jeśli jest pan spragniony, może sobie pan zamówić swoją...
Nie udało mi się dokończyć, bo mężczyzna złapał mnie za gardło i przyparł do ściany. Jego usta zbliżyły się do mojego ucha.
- Powinienem zawołać straż, wiesz? - wyszczerzył się - Odmieńcom nie wolno przebywać w Galath. Myślę, że bardzo by się ucieszyli!
To nie mogło tak się skończyć! Nie na samym początku mojej drogi!
Kopnąłem go z całej siły w brzuch, a ten, całkowicie zaskoczony, puścił mnie i złapał się za brzuch, zginając w pół. Już miałem wyprowadzić cios, dobić go, gdy ktoś chwycił moją rękę. Spojrzałem na tego, który mnie powstrzymał i zamarłem.
- Nie chcesz chyba zwrócić na siebie uwagę straży, tuż po tym, jak dotarłeś do tego miasta, czyż nie? - zapytał z uśmiechem, a spod szerokiego ronda przyglądały mi się złote oczy. Stał przede mną czystej krwi Claryt.
Rozluźniłem rękę i skinąłem głową, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dopiliśmy razem herbatę, po czym zostałem zaproszony przez mężczyznę do jego domu. Propozycję przyjąłem z ulgą i wdzięcznością.
- Jak ci na imię, chłopcze? - spytał, nie przestając się uśmiechać.
- Ilraen, panie.
- A nazwisko jakieś masz?
- Owszem, lecz wolałbym zachować je dla siebie.
- Zgoda - pokiwał głową - Ja mam na imię Faloren. A przynajmniej pod takim imieniem ty będziesz mnie znał. Czego szukasz w tym nieprzyjaznym dla nadnaturalnych mieście?
- Szukam kogoś, kto nauczyłby mnie władać mieczem - odparłem zgodnie z prawdą. Twarz Falorena przybrała zamyślony wyraz, po czym stwierdził, że może uda mu się mi pomóc.
Gdy dotarliśmy do jego domu, od razu zostałem zaprowadzony do pokoju na poddaszu, który od dziś miał być moją samotnią. Rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu.
Pod oknem stało niewielkie biurko z postawioną na nim lampką. W rogu po prawej, przy ścianie, stało jednoosobowe łóżko z wbudowanymi w nie dwoma obszernymi szufladami na pościel, bądź ubrania. W jego nogach stał dodatkowo duży, stary kufer, zamykany na dwie klamry. Był piękny. Na jego wieku przedstawiono cztery postaci otoczone żywiołami. Przyjrzałem się jednemu z mężczyzn. Wokół niego tańczyły płomienie, za plecami swe skrzydła rozpinał wielki feniks.
Feniks...
Spojrzałem na pochwę Eleneasa.
Niemal identyczny ptak ciągnął za sobą pióropusz ognia. Od samej tsuby, po sam koniec.
To był symbol rodu Mercuto...
- Coś się stało? - Faloren położył mi rękę na ramieniu. Pokręciłem głową, chowając szybko miecz tak, by nie zauważył zdobiącego go ognistego ptaka. Spojrzałem w jego złote oczy, które promieniowały czystą radością.
- Jak długo mogę tu zostać?
- Jak długo będziesz chciał.
Podziękowałem mu z całego serca.
Prawda jest taka, że czułem się tu bezpieczny. Byliśmy wewnątrz zamkniętej dzielnicy należącej do półświatka. Straż się tu nie zapuszczała, każdy pomagał każdemu. Panowała tu czysta przyjaźń, obowiązywał kodeks. Jeśli ktoś go złamał, był wyrzucany.
Zapadła noc.
Spoglądałem w gwiazdy przypominając sobie wszystkie konstelacje, które kiedyś pokazywał mi tata. Znalazłem tę jedną... tę szczególną, której zawsze wypatrywałem na firmamencie nieba. Arysih... najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Feniksa... Zamknąłem oczy i pomyślałem życzenie.
Od kiedy pamiętam, brzmiało ono zawsze tak samo.
By Mercuto odzyskali swój honor.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz