Nie podobało mi się tam. Galath było nieprzyjaznym miejscem dla wszelkich nadnaturalnych. Bałem się. Każdego dnia obawiałem się o swoje życie, albo chociaż zdrowie. To mnie wykańczało nerwowo.
W środku nocy obudziło mnie łomotanie do drzwi i czyjeś podniesione głosy. Zszedłem po cichu żeby sprawdzić, co tam się dzieje.
Moim oczom ukazało się dwóch rosłych mężczyzn ubranych w szaty straży miejskiej. Stali przed Falorenem z dość nieprzyjemnymi uśmieszkami.
- Doszły nas słuchy, że masz tu młodego nadnaturalnego, staruszku. Wiesz, co grozi za udzielanie azylu tym potworom? - usłyszałem. Jeden z nich, kompletnie z resztą łysy, opierał się o framugę, patrząc z góry na mojego dobroczyńcę, jakby był dzieckiem, które jest karcone przez swojego rodzica.
Jakim cudem nie zauważyli, że i on nie należy do rodzaju ludzkiego?
Powoli i jak najciszej wycofałem się z powrotem na górę. Zakopałem się pod kołdrą i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
Jakiś czas później Falorem wszedł do mojego pokoju. Spojrzałem na niego z niepokojem.
- Niedługo będzie trzeba się stąd przenieść - szepnął.
- Ale dokąd?
Powoli podszedł do okna i w zamyśleniu patrzył na wschód słońca.
- Udamy się do innej dzielnicy - odparł - Półświatek Galath z otwartymi rękoma przyjmie nadnaturalnych. Przydają im się nasze umiejętności, dlatego też wręcz o nas zabiegają. O nasze względy i przychylność.
Spojrzałem na niego niepewnie, na co on się tylko uśmiechnął.
Rankiem spakowałem wszystko, co miałem i zawołany przez Falorema, zbiegłem na dół. Zjedliśmy małe śniadanie, po czym wyruszyliśmy do najuboższej części miasta.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to wszechobecny fetor. Ludzie wylewali zawartość śmietników i nocników na ulice, co nie dodawało uroku temu i tak niezbyt pozytywnie prezentującemu się miejscu.
- Naprawdę będziemy tu mieszkać? - spytałem z nieskrywanym obrzydzeniem, na co mój towarzysz się roześmiał.
- Mam tu kilku znajomych, którzy zapewnią nam w miarę porządne lokum - uspokoił mnie, mrugając złotym okiem.
- Ach! - ożywiłem się - Zapomniałem!
Podskoczyłem, ochlapując jakiegoś przechodnia śmierdzącym błotem.
- Jak to się stało, że strażnicy nie zauważyli, że masz dość niezwykły jak na człowieka kolor oczu?
Uśmiechnął się, chwaląc moją spostrzegawczość, po czym ujął w dłoń i pokazał mi wiszący na jego szyi wisior.
- To jest Siah, amulet, który oryginalnie stworzony został na użytek ludzkich skrytobójców. Claryci wykorzystują go do ukrycia nietypowego koloru oczu.
Pokiwałem głową i spytałem, jak mogę taki zdobyć, lecz na to pytanie już nie uzyskałem odpowiedzi.
Gdy Falorem rozmawiał ze swoimi "znajomymi", którzy swoją drogą nie wyglądali na takich, co lubią obcych - nieważne, ludzi, czy nadnaturalnych - ja siedziałem przed budynkiem, w którym umówili się na spotkanie.
Mimo woli, moje myśli powędrowały do domu rodzinnego.
Mamy.
Taty...
Nawet mojej wrednej starszej siostry, Nuki...
A zwłaszcza do osoby, która była bliska memu sercu niemal, jak ojciec...
- Erius... - szepnąłem - Co teraz robisz, stary druhu...? Pewnie jesteś na mnie zły. Albo znowu się mażesz.
Zacisnąłem pięści i zęby, żeby samemu się nie rozpłakać, gdy przed oczami stanęła mi twarz chłopaka.
Tęskniłem, choć wiedziałem, że nie mogę wrócić. Nie, dopóki ród jest wyklęty przez monarchę! Nie mógłbym spojrzeć Eriusowi w oczy. Ba! Nie byłbym wstanie przejrzeć się w lustrze.
- A ty co taki spięty, jak kot podczas pokazu sztucznych ogni? - usłyszałem. Moim oczom ukazał się zgrzybiały mężczyzna o szkarłatnych, niczym krew ślepiach. Zerwałem się na równe nogi, dobywając miecza.
- Jeryt... - warknąłem, rozpoznając w nim krwiopijcę i unosząc czubek ostrza na wysokość jego krtani. Staruszek roześmiał się na to ochryple.
- Gdybym chciał cię skrzywdzić, już dawno bym to zrobił.
Jego pomarszczona twarz miała łagodny wyraz. Wokół ust zauważyłem popękaną skórę i mnóstwo malutkich strupów. Z dłoni, które teraz ukrył w długich rękawach swej burej, mającej za sobą swoje lata świetności szacie, płatami schodził naskórek.
Był na głodzie. I to od dawna.
Tak naprawdę nie musiał wcale być stary... Ciało Jeryta zmienia się nie do poznania, jeśli ten przez dłuższy czas się nie pożywia... Ukrywał cierpienie za maską pogodnego staruszka. Opuściłem powoli miecz, uważnie patrząc mu w oczy. Miał rację. Gdyby chciał, zmiótłby mnie z powierzchni ziemi w ułamku sekundy, gdy w najlepsze rozmyślałem.
- Czego ode mnie pan chce? - spytałem niepewnie zauważając, że głos mi lekko zadrżał.
- Słyszałem, że pewien chłopak szuka nauczyciela szermierki.
Z każdym słowem, jego uśmiech stawał się co raz szerszy, jakby opowiadał niesamowicie zabawny żart i w trakcie jego mówienia, ledwo powstrzymywał wybuch śmiechu. Gdy skończył, bez trudu można było dojrzeć niewiele dłuższe, niż przeciętnie kły. Omiotłem go po raz kolejny wzrokiem.
- Nie prezentuję się zbyt okazale, jak na potencjalnego mistrza, wiem. - zarechotał, jakby odczytując moje myśli - Lecz mogę ci teraz dać pierwszą lekcję. Nie oceniaj książki po okładce.
- Wiem, że jako Jeryt bez problemu mógłbyś mnie zabić, korzystając ze swoich umiejętności. - zacząłem, prostując się dumnie - Ale czy potrafisz posługiwać się mieczem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz