poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdzial 4

   Cały się trząsłem... Nienawidziłem płakać. Nienawidziłem okazywać słabości. Musiałem być przecież silny. Jak nie ja, to kto będzie?
Spojrzałem na półkę nad łóżkiem. Stała na niej ramka ze zdjęciem, jak tata trzyma mnie w ramionach, ucząc jazdy konno. Zacisnąłem mocno zęby, powstrzymując kolejny wybuch płaczu. Mimo, że już go nie było, zamierzałem dopełnić danej mu kiedyś obietnicy. Zamierzam przywrócić naszemu rodowi należny mu status.
Lecz żeby tego dokonać, muszę stać się silniejszy. Muszę budzić respekt i grozę.
Wstałem i stanąłem przed lustrem.
Ujrzałem w nim czarnowłosego chłopca o srebrnych, skrzących się oczach. Grzywka zasłaniała częściowo szlachetne, wąskie brwi, w tej chwili lekko uniesione. Twarz wykrzywiał smutek.
W takim stanie nie budziłem niczyjego respektu, a jedynie współczucie, litość. Nie chciałem tego.
Wspiąłem się na parapet okna i wyskoczyłem, lądując w kupie liści zagarniętej tuż obok domu, po czym pobiegłem do lasu. Do Eleneasa... Tu nie stanę się silny. Muszę znaleźć nauczyciela... ale kogo...? Mojego taty już nie ma, a tylko on mógł być skory do nauczenia mnie czegokolwiek...
Zacisnąłem palce na rękojeści Eleneasa. Czarna pochwa błyszczała w świetle słońca przebijającym się przez korony drzew.
- Niedługo wyruszamy, przyjacielu... Zostawimy za sobą wszystko... nawet Eriusa. On by sobie nie poradził...
Myśl, że byłbym sam była przytłaczająca, ale to w końcu moja droga. To było moje zadanie. Nikt inny nie mógł tego za mnie zrobić.
   Jeszcze tego samego dnia przekonałem mamę, byśmy przyjęli Eriusa do siebie. Przecież został całkiem sam... Po kilku próbach udało mi się. Musiałem co prawda wyjawić, że to ja zabiłem jego ojca, ale było warto.
Siedziałem na tarasie przed domem, wpatrując się w zachodzące za wzgórzami słońce, gdy poczułem kopnięcie w plecy. Nuka się nudziła, więc stwierdziła, że mnie pomęczy. Uśmiechnęła się słysząc, że z ust wyrwał mi się jęk bólu. Zacisnąłem zęby i spojrzałem jej w oczy. Nie były takie jak moje, srebrne, lecz miały piwny kolor oczu naszej matki. Gdy ja wdałem się w ojca, ona poszła całkowicie w jej ślady. Nie licząc charakteru, oczywiście. Mama miała łagodne usposobienie i silne poczucie sprawiedliwości, lecz nie było cienia wątpliwości, że to moja siostra jest tym "bardziej kochanym" dzieckiem. Nie chciała się do mnie przywiązywać ze względu na przekleństwo ciążące na męskiej linii naszego rodu. Nikt bowiem nie żył więcej, niż 25 lat. Nuka, jako kobieta miała żyć dłużej. O wiele. Może dożyje nawet pięćdziesiątki?
Na ustach mojej siostry tańczył wredny i szyderczy uśmiech.
- Co tam, synek tatusia znowu będzie płakał? - zaśmiała się, a ja tylko zgrzytnąłem zębami. Wyszczerzyła się, po czym uderzyła mnie pięścią w głowę. Nawet nie pisnąłem. Nie zamierzałem się bronić, bo by się rozpłakała i pobiegła do mamy skarżąc, że to ja ją biję. Jeszcze miałbym kłopoty... Wystarczyło poczekać, aż się wyżyje. Siniak w tę, czy we w tę... to żadna różnica. Zauważyłem, że Erius przygląda się nam z okna pokoju gościnnego, w którym zamieszkał. Unikałem jego spojrzenia. Chciałem, by widział mnie silnym, a nie...
Gdy Nuka się znudziła, prychnęła z wyższością, zarzuciła swoją czarną grzywą i odwróciwszy się na pięcie, odeszła. Zacisnąłem mocno pięści, by choć trochę wyładować gromadzącą się we mnie frustrację i złość. Jeszcze jej pokażę.
Wszedłem na górę, do Eriusa i uśmiechnąłem się do niego, zamykając za sobą drzwi.
- O czym myślisz? - spytał mnie, patrząc mi głęboko w oczy. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale zawsze wiedział, gdy coś chodziło mi po głowie. Zmusiłem się do jeszcze szerszego uśmiechu i pokręciłem głową.
- O niczym. Cieszę się po prostu, że z nami zamieszkałeś. Nie będziesz musiał siedzieć sam, to dobrze, nie?
On wciąż jednak przyglądał mi się uważnie.
- Ty coś planujesz... ale to ukrywasz...
Serce zabiło mi mocniej. Był bardzo mądry mimo, że na takiego nie wyglądał. Był znakomitym obserwatorem, potrafił wyciągać prawidłowe wnioski. Westchnąłem, gdyż nie było sensu ciągnąć dalej tej parodii.
- Wyjeżdżam.
Jego oczy stały się okrągłe jak dwa talerze. Patrzył na mnie nie wierząc, po czym złapał mnie mocno za ramiona.
- Co? Ale... dokąd? Zostawiasz mnie? Z Nuką?
- Jest jeszcze moja mama.
Pokręcił głową, a w jego oczach zaszkliły się łzy. Krzyczał, że nie mogę go tak zostawić, że przecież jesteśmy przyjaciółmi, a on ma być moim towarzyszem.
Westchnąłem i wyplątałem się delikatnie z jego uścisku, po czym ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Szepnąłem, że tego potrzebuję. Że jeśli chcę spełnić marzenie, jeśli mój ród ma odzyskać swoją pozycję w kraju, to moim obowiązkiem jest wyruszyć w tę podróż. Erius wciąż kręcił głową, a ja przytuliłem go mocno, po czym wyszedłem z pokoju, zostawiając go samego.
To było okrutne, wiem, lecz wtedy tak należało postąpić.
   Nie spałem całą noc. Sam nie wiem czemu. Nie mam pojęcia, czy spowodowane to było strachem, bądź ekscytacją, lecz cały czas po zachodzie słońca poświęciłem na spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy. Zabrałem swoje oszczędności, napisałem wiadomość dla mamy i czekałem. Nie było sensu wychodzić w środku nocy. Wolałem poczekać, aż zacznie przynajmniej świtać. Co prawda wtedy była większa szansa, że mama nie będzie już spać, ale wolałem zaryzykować.
Przez okno wyrzuciłem linę, którą zabrałem ze składzika w ogrodzie i spuściłem się powoli i cicho na dół. Gdy dotknąłem już mokrej trawy, spojrzałem jeszcze tylko ku oknu do sypialni mojego przyjaciela, wyszeptałem pożegnanie i pobiegłem w mrok lasu. Musiałem przecież zabrać Eleneasa...
Gdy miecz bezpiecznie spoczął przy mym boku, poczułem, że już nic mnie tu nie trzyma.
Wyruszyłem.
W ten nieprzyjazny i nieznany mi świat, by szukać nauczyciela. By spełnić marzenie... obietnicę złożoną ojcu.
By przywrócić honor nazwisku Mercuto!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz