środa, 22 lipca 2015

Rozdzial 6

   Nie podobało mi się tam. Galath było nieprzyjaznym miejscem dla wszelkich nadnaturalnych. Bałem się. Każdego dnia obawiałem się o swoje życie, albo chociaż zdrowie. To mnie wykańczało nerwowo.
   W środku nocy obudziło mnie łomotanie do drzwi i czyjeś podniesione głosy. Zszedłem po cichu żeby sprawdzić, co tam się dzieje.
Moim oczom ukazało się dwóch rosłych mężczyzn ubranych w szaty straży miejskiej. Stali przed Falorenem z dość nieprzyjemnymi uśmieszkami.
- Doszły nas słuchy, że masz tu młodego nadnaturalnego, staruszku. Wiesz, co grozi za udzielanie azylu tym potworom? - usłyszałem. Jeden z nich, kompletnie z resztą łysy, opierał się o framugę, patrząc z góry na mojego dobroczyńcę, jakby był dzieckiem, które jest karcone przez swojego rodzica.
Jakim cudem nie zauważyli, że i on nie należy do rodzaju ludzkiego?
Powoli i jak najciszej wycofałem się z powrotem na górę. Zakopałem się pod kołdrą i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
Jakiś czas później Falorem wszedł do mojego pokoju. Spojrzałem na niego z niepokojem.
- Niedługo będzie trzeba się stąd przenieść - szepnął.
- Ale dokąd?
Powoli podszedł do okna i w zamyśleniu patrzył na wschód słońca.
- Udamy się do innej dzielnicy - odparł - Półświatek Galath z otwartymi rękoma przyjmie nadnaturalnych. Przydają im się nasze umiejętności, dlatego też wręcz o nas zabiegają. O nasze względy i przychylność.
Spojrzałem na niego niepewnie, na co on się tylko uśmiechnął.
   Rankiem spakowałem wszystko, co miałem i zawołany przez Falorema, zbiegłem na dół. Zjedliśmy małe śniadanie, po czym wyruszyliśmy do najuboższej części miasta.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to wszechobecny fetor. Ludzie wylewali zawartość śmietników i nocników na ulice, co nie dodawało uroku temu i tak niezbyt pozytywnie prezentującemu się miejscu.
- Naprawdę będziemy tu mieszkać? - spytałem z nieskrywanym obrzydzeniem, na co mój towarzysz się roześmiał.
- Mam tu kilku znajomych, którzy zapewnią nam w miarę porządne lokum - uspokoił mnie, mrugając złotym okiem.
- Ach! - ożywiłem się - Zapomniałem!
Podskoczyłem, ochlapując jakiegoś przechodnia śmierdzącym błotem.
- Jak to się stało, że strażnicy nie zauważyli, że masz dość niezwykły jak na człowieka kolor oczu?
Uśmiechnął się, chwaląc moją spostrzegawczość, po czym ujął w dłoń i pokazał mi wiszący na jego szyi wisior.
- To jest Siah, amulet, który oryginalnie stworzony został na użytek ludzkich skrytobójców. Claryci wykorzystują go do ukrycia nietypowego koloru oczu.
Pokiwałem głową i spytałem, jak mogę taki zdobyć, lecz na to pytanie już nie uzyskałem odpowiedzi.
Gdy Falorem rozmawiał ze swoimi "znajomymi", którzy swoją drogą nie wyglądali na takich, co lubią obcych - nieważne, ludzi, czy nadnaturalnych - ja siedziałem przed budynkiem, w którym umówili się na spotkanie.
Mimo woli, moje myśli powędrowały do domu rodzinnego.
Mamy.
Taty...
Nawet mojej wrednej starszej siostry, Nuki...
A zwłaszcza do osoby, która była bliska memu sercu niemal, jak ojciec...
- Erius... - szepnąłem - Co teraz robisz, stary druhu...? Pewnie jesteś na mnie zły. Albo znowu się mażesz.
Zacisnąłem pięści i zęby, żeby samemu się nie rozpłakać, gdy przed oczami stanęła mi twarz chłopaka.
Tęskniłem, choć wiedziałem, że nie mogę wrócić. Nie, dopóki ród jest wyklęty przez monarchę! Nie mógłbym spojrzeć Eriusowi w oczy. Ba! Nie byłbym wstanie przejrzeć się w lustrze.
- A ty co taki spięty, jak kot podczas pokazu sztucznych ogni? - usłyszałem. Moim oczom ukazał się zgrzybiały mężczyzna o szkarłatnych, niczym krew ślepiach. Zerwałem się na równe nogi, dobywając miecza.
- Jeryt... - warknąłem, rozpoznając w nim krwiopijcę i unosząc czubek ostrza na wysokość jego krtani. Staruszek roześmiał się na to ochryple.
- Gdybym chciał cię skrzywdzić, już dawno bym to zrobił.
Jego pomarszczona twarz miała łagodny wyraz. Wokół ust zauważyłem popękaną skórę i mnóstwo malutkich strupów. Z dłoni, które teraz ukrył w długich rękawach swej burej, mającej za sobą swoje lata świetności szacie, płatami schodził naskórek.
Był na głodzie. I to od dawna.
Tak naprawdę nie musiał wcale być stary... Ciało Jeryta zmienia się nie do poznania, jeśli ten przez dłuższy czas się nie pożywia... Ukrywał cierpienie za maską pogodnego staruszka. Opuściłem powoli miecz, uważnie patrząc mu w oczy. Miał rację. Gdyby chciał, zmiótłby mnie z powierzchni ziemi w ułamku sekundy, gdy w najlepsze rozmyślałem.
- Czego ode mnie pan chce? - spytałem niepewnie zauważając, że głos mi lekko zadrżał.
- Słyszałem, że pewien chłopak szuka nauczyciela szermierki.
Z każdym słowem, jego uśmiech stawał się co raz szerszy, jakby opowiadał niesamowicie zabawny żart i w trakcie jego mówienia, ledwo powstrzymywał wybuch śmiechu. Gdy skończył, bez trudu można było dojrzeć niewiele dłuższe, niż przeciętnie kły. Omiotłem go po raz kolejny wzrokiem.
- Nie prezentuję się zbyt okazale, jak na potencjalnego mistrza, wiem. - zarechotał, jakby odczytując moje myśli - Lecz mogę ci teraz dać pierwszą lekcję. Nie oceniaj książki po okładce.
- Wiem, że jako Jeryt bez problemu mógłbyś mnie zabić, korzystając ze swoich umiejętności. - zacząłem, prostując się dumnie - Ale czy potrafisz posługiwać się mieczem?

czwartek, 9 lipca 2015

Rozdzial 5

   Podróż mijała bardzo powoli. Nie musiałem jednak iść pieszo - udało mi się załapać na transport węgla do stolicy, więc nie narzekałem. Na piechotę ten dystans pokonałbym w minimum dwa tygodnie, a dzięki tej okazji dotrę do Galath za plus minus 5 godzin.
Pogrążyłem się w myślach.
Erius zapytał mnie kiedyś, dlaczego moja rodzina, Mercuto, straciła swoją pozycję i łaskę ówczesnego monarchy. Otóż moja przodkini, Aryara, popełniła niedopuszczalny czyn, związując się z Clarytem o imieniu Dishti. Z tego związku narodziła się hybryda. Takie stworzenia jak ja nazywane są obrzydliwością. Nie ma nic ohydniejszego niż mieszanka człowieka z jakąś nadnaturalną istotą, prawda?
Najgorsze, najgroźniejsze i najstraszniejsze jest to, czego nie znamy. Tego obawiamy się najbardziej. Gdyby ludzie pojęli, że Claryci to jedynie zmiennokształtne, nie robiące nikomu krzywdy istoty... a traktowani są jak przestępcy, bandyci, albo te bezmyślne, pijące krew Jeryty. W przeciwieństwie do nich, Claryci nie zabijają. Ale co z tego? Wszyscy nadnaturalni zostali wrzuceni do jednego worka, bez uprzedniego rozeznania się, poznania, kto jest kim i czy stanowi jakieś zagrożenie...
Zacisnąłem pięści. Przez takie głupie uprzedzenia wiele rodów, nie tylko mój, zostały przyrównane do zaścianka, nawet chłopstwa, a wiele istnień zostało po prostu stracone...
Tak nie powinno być!
Pragnę udowodnić wszystkim, że nie każdy nadnaturalny sieją postrach, śmierć i zniszczenie.
Przywrócić dobre imię rodu Mercuto, ale także tych niesprawiedliwie potraktowanych. A nie mam na to zbyt wiele czasu...
W wieku 25 lat w organizmie Claryta powstaje toksyna, która wykorzystywana jest do obrony jako jad. Wymaga to dużo siły, której po wymieszaniu krwi nadnaturalnego i człowieka, po prostu braknie. Hybrydy najczęściej nie przeżywają, giną od tej trucizny. Jak mój ojciec... dziadek... i pewnego dnia ja. Dlatego wyruszyłem już teraz. By nie tracić czasu i wypełnić tę nigdy nie wypowiedzianą przysięgę.
W sercu czułem żal. Żal za utraconym ojcem i porzuconym przyjacielem. Ale tak musiało być.
Takie jest moje przeznaczenie.
Do Galath zajechaliśmy o zmierzchu. Miasto raziło oczy bielą budynków i szkarłatem domów. W jego centrum wznosił się majestatyczny pałac monarchy. Był piękny. Rozumiałem już, dlaczego Galath architektura zachowała się jeszcze z czasów, zanim ludzie opanowali żywioły. Świadczyły o tym masywne mury obronne mające chronić mieszkańców przed żywiołakami i duchami z lasów. Teraz nie są już potrzebne, a wszystko przez ludzi... Ich ekspansja spowodowała wyniszczenie buszów, a święte miejsca i źródła mocy straciły swą magię...
Jeśli tak dalej pójdzie, istoty nadnaturalne, jak Claryci, również zostaną zmieceni z powierzchni ziemi. Zacisnąłem zęby, starając się opanować.
   Zatrzymałem się w jednej z gospód na zewnętrznych rubieżach miasta. Nie chciałem rzucać się za bardzo w oczy, gdyż od razu było widać, że nie jestem człowiekiem.
Usiadłem przy najdalszym stoliku i zamówiłem zieloną herbatę. Podziękowałem uprzejmie kelnerce, gdy przyniosła dzbanek i gliniany kubeczek.
Zauważyłem, że ku mnie idzie jakiś rosły i dobrze zbudowany mężczyzna. Usiadł obok mnie bez słowa i nalał sobie herbaty.
- Przepraszam, ale to moja herbata - mruknąłem najuprzejmiej jak tylko byłem w stanie - Jeśli jest pan spragniony, może sobie pan zamówić swoją...
Nie udało mi się dokończyć, bo mężczyzna złapał mnie za gardło i przyparł do ściany. Jego usta zbliżyły się do mojego ucha.
- Powinienem zawołać straż, wiesz? - wyszczerzył się - Odmieńcom nie wolno przebywać w Galath. Myślę, że bardzo by się ucieszyli!
To nie mogło tak się skończyć! Nie na samym początku mojej drogi!
Kopnąłem go z całej siły w brzuch, a ten, całkowicie zaskoczony, puścił mnie i złapał się za brzuch, zginając w pół. Już miałem wyprowadzić cios, dobić go, gdy ktoś chwycił moją rękę. Spojrzałem na tego, który mnie powstrzymał i zamarłem.
- Nie chcesz chyba zwrócić na siebie uwagę straży, tuż po tym, jak dotarłeś do tego miasta, czyż nie? - zapytał z uśmiechem, a spod szerokiego ronda przyglądały mi się złote oczy. Stał przede mną czystej krwi Claryt.
Rozluźniłem rękę i skinąłem głową, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dopiliśmy razem herbatę, po czym zostałem zaproszony przez mężczyznę do jego domu. Propozycję przyjąłem z ulgą i wdzięcznością.
- Jak ci na imię, chłopcze? - spytał, nie przestając się uśmiechać.
- Ilraen, panie.
- A nazwisko jakieś masz?
- Owszem, lecz wolałbym zachować je dla siebie.
- Zgoda - pokiwał głową - Ja mam na imię Faloren. A przynajmniej pod takim imieniem ty będziesz mnie znał. Czego szukasz w tym nieprzyjaznym dla nadnaturalnych mieście?
- Szukam kogoś, kto nauczyłby mnie władać mieczem - odparłem zgodnie z prawdą. Twarz Falorena przybrała zamyślony wyraz, po czym stwierdził, że może uda mu się mi pomóc.
Gdy dotarliśmy do jego domu, od razu zostałem zaprowadzony do pokoju na poddaszu, który od dziś miał być moją samotnią. Rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu.
Pod oknem stało niewielkie biurko z postawioną na nim lampką. W rogu po prawej, przy ścianie, stało jednoosobowe łóżko z wbudowanymi w nie dwoma obszernymi szufladami na pościel, bądź ubrania. W jego nogach stał dodatkowo duży, stary kufer, zamykany na dwie klamry. Był piękny. Na jego wieku przedstawiono cztery postaci otoczone żywiołami. Przyjrzałem się jednemu z mężczyzn. Wokół niego tańczyły płomienie, za plecami swe skrzydła rozpinał wielki feniks.
Feniks...
Spojrzałem na pochwę Eleneasa.
Niemal identyczny ptak ciągnął za sobą pióropusz ognia. Od samej tsuby, po sam koniec.
To był symbol rodu Mercuto...
- Coś się stało? - Faloren położył mi rękę na ramieniu. Pokręciłem głową, chowając szybko miecz tak, by nie zauważył zdobiącego go ognistego ptaka. Spojrzałem w jego złote oczy, które promieniowały czystą radością.
- Jak długo mogę tu zostać?
- Jak długo będziesz chciał.
Podziękowałem mu z całego serca.
Prawda jest taka, że czułem się tu bezpieczny. Byliśmy wewnątrz zamkniętej dzielnicy należącej do półświatka. Straż się tu nie zapuszczała, każdy pomagał każdemu. Panowała tu czysta przyjaźń, obowiązywał kodeks. Jeśli ktoś go złamał, był wyrzucany.
   Zapadła noc.
Spoglądałem w gwiazdy przypominając sobie wszystkie konstelacje, które kiedyś pokazywał mi tata. Znalazłem tę jedną... tę szczególną, której zawsze wypatrywałem na firmamencie nieba. Arysih... najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Feniksa... Zamknąłem oczy i pomyślałem życzenie.
Od kiedy pamiętam, brzmiało ono zawsze tak samo.
By Mercuto odzyskali swój honor.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdzial 4

   Cały się trząsłem... Nienawidziłem płakać. Nienawidziłem okazywać słabości. Musiałem być przecież silny. Jak nie ja, to kto będzie?
Spojrzałem na półkę nad łóżkiem. Stała na niej ramka ze zdjęciem, jak tata trzyma mnie w ramionach, ucząc jazdy konno. Zacisnąłem mocno zęby, powstrzymując kolejny wybuch płaczu. Mimo, że już go nie było, zamierzałem dopełnić danej mu kiedyś obietnicy. Zamierzam przywrócić naszemu rodowi należny mu status.
Lecz żeby tego dokonać, muszę stać się silniejszy. Muszę budzić respekt i grozę.
Wstałem i stanąłem przed lustrem.
Ujrzałem w nim czarnowłosego chłopca o srebrnych, skrzących się oczach. Grzywka zasłaniała częściowo szlachetne, wąskie brwi, w tej chwili lekko uniesione. Twarz wykrzywiał smutek.
W takim stanie nie budziłem niczyjego respektu, a jedynie współczucie, litość. Nie chciałem tego.
Wspiąłem się na parapet okna i wyskoczyłem, lądując w kupie liści zagarniętej tuż obok domu, po czym pobiegłem do lasu. Do Eleneasa... Tu nie stanę się silny. Muszę znaleźć nauczyciela... ale kogo...? Mojego taty już nie ma, a tylko on mógł być skory do nauczenia mnie czegokolwiek...
Zacisnąłem palce na rękojeści Eleneasa. Czarna pochwa błyszczała w świetle słońca przebijającym się przez korony drzew.
- Niedługo wyruszamy, przyjacielu... Zostawimy za sobą wszystko... nawet Eriusa. On by sobie nie poradził...
Myśl, że byłbym sam była przytłaczająca, ale to w końcu moja droga. To było moje zadanie. Nikt inny nie mógł tego za mnie zrobić.
   Jeszcze tego samego dnia przekonałem mamę, byśmy przyjęli Eriusa do siebie. Przecież został całkiem sam... Po kilku próbach udało mi się. Musiałem co prawda wyjawić, że to ja zabiłem jego ojca, ale było warto.
Siedziałem na tarasie przed domem, wpatrując się w zachodzące za wzgórzami słońce, gdy poczułem kopnięcie w plecy. Nuka się nudziła, więc stwierdziła, że mnie pomęczy. Uśmiechnęła się słysząc, że z ust wyrwał mi się jęk bólu. Zacisnąłem zęby i spojrzałem jej w oczy. Nie były takie jak moje, srebrne, lecz miały piwny kolor oczu naszej matki. Gdy ja wdałem się w ojca, ona poszła całkowicie w jej ślady. Nie licząc charakteru, oczywiście. Mama miała łagodne usposobienie i silne poczucie sprawiedliwości, lecz nie było cienia wątpliwości, że to moja siostra jest tym "bardziej kochanym" dzieckiem. Nie chciała się do mnie przywiązywać ze względu na przekleństwo ciążące na męskiej linii naszego rodu. Nikt bowiem nie żył więcej, niż 25 lat. Nuka, jako kobieta miała żyć dłużej. O wiele. Może dożyje nawet pięćdziesiątki?
Na ustach mojej siostry tańczył wredny i szyderczy uśmiech.
- Co tam, synek tatusia znowu będzie płakał? - zaśmiała się, a ja tylko zgrzytnąłem zębami. Wyszczerzyła się, po czym uderzyła mnie pięścią w głowę. Nawet nie pisnąłem. Nie zamierzałem się bronić, bo by się rozpłakała i pobiegła do mamy skarżąc, że to ja ją biję. Jeszcze miałbym kłopoty... Wystarczyło poczekać, aż się wyżyje. Siniak w tę, czy we w tę... to żadna różnica. Zauważyłem, że Erius przygląda się nam z okna pokoju gościnnego, w którym zamieszkał. Unikałem jego spojrzenia. Chciałem, by widział mnie silnym, a nie...
Gdy Nuka się znudziła, prychnęła z wyższością, zarzuciła swoją czarną grzywą i odwróciwszy się na pięcie, odeszła. Zacisnąłem mocno pięści, by choć trochę wyładować gromadzącą się we mnie frustrację i złość. Jeszcze jej pokażę.
Wszedłem na górę, do Eriusa i uśmiechnąłem się do niego, zamykając za sobą drzwi.
- O czym myślisz? - spytał mnie, patrząc mi głęboko w oczy. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale zawsze wiedział, gdy coś chodziło mi po głowie. Zmusiłem się do jeszcze szerszego uśmiechu i pokręciłem głową.
- O niczym. Cieszę się po prostu, że z nami zamieszkałeś. Nie będziesz musiał siedzieć sam, to dobrze, nie?
On wciąż jednak przyglądał mi się uważnie.
- Ty coś planujesz... ale to ukrywasz...
Serce zabiło mi mocniej. Był bardzo mądry mimo, że na takiego nie wyglądał. Był znakomitym obserwatorem, potrafił wyciągać prawidłowe wnioski. Westchnąłem, gdyż nie było sensu ciągnąć dalej tej parodii.
- Wyjeżdżam.
Jego oczy stały się okrągłe jak dwa talerze. Patrzył na mnie nie wierząc, po czym złapał mnie mocno za ramiona.
- Co? Ale... dokąd? Zostawiasz mnie? Z Nuką?
- Jest jeszcze moja mama.
Pokręcił głową, a w jego oczach zaszkliły się łzy. Krzyczał, że nie mogę go tak zostawić, że przecież jesteśmy przyjaciółmi, a on ma być moim towarzyszem.
Westchnąłem i wyplątałem się delikatnie z jego uścisku, po czym ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Szepnąłem, że tego potrzebuję. Że jeśli chcę spełnić marzenie, jeśli mój ród ma odzyskać swoją pozycję w kraju, to moim obowiązkiem jest wyruszyć w tę podróż. Erius wciąż kręcił głową, a ja przytuliłem go mocno, po czym wyszedłem z pokoju, zostawiając go samego.
To było okrutne, wiem, lecz wtedy tak należało postąpić.
   Nie spałem całą noc. Sam nie wiem czemu. Nie mam pojęcia, czy spowodowane to było strachem, bądź ekscytacją, lecz cały czas po zachodzie słońca poświęciłem na spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy. Zabrałem swoje oszczędności, napisałem wiadomość dla mamy i czekałem. Nie było sensu wychodzić w środku nocy. Wolałem poczekać, aż zacznie przynajmniej świtać. Co prawda wtedy była większa szansa, że mama nie będzie już spać, ale wolałem zaryzykować.
Przez okno wyrzuciłem linę, którą zabrałem ze składzika w ogrodzie i spuściłem się powoli i cicho na dół. Gdy dotknąłem już mokrej trawy, spojrzałem jeszcze tylko ku oknu do sypialni mojego przyjaciela, wyszeptałem pożegnanie i pobiegłem w mrok lasu. Musiałem przecież zabrać Eleneasa...
Gdy miecz bezpiecznie spoczął przy mym boku, poczułem, że już nic mnie tu nie trzyma.
Wyruszyłem.
W ten nieprzyjazny i nieznany mi świat, by szukać nauczyciela. By spełnić marzenie... obietnicę złożoną ojcu.
By przywrócić honor nazwisku Mercuto!

sobota, 4 lipca 2015

Rozdzial 3

Wiadomość o śmierci ojca Ilraena wstrząsnęła mną do głębi. Długo nie mogłem przestać płakać, ku uciesze mego ojca, który przekazał mi tą straszliwą wiadomość.
Kiedy w końcu otrząsnąłem się na tyle, by zacząć rozsądnie myśleć, zszedłem z łóżka i otarłem oczy. To nie była właściwa pora na łzy. Jest ktoś, dla kogo śmierć tego wspaniałego człowieka musiała być znacznie gorszym ciosem. Muszę być przy nim.
-Co ty robisz? - usłyszałem gniewne warknięcie ojca. - Chyba nie zamierzasz sobie wyjść, jak gdyby nigdy nic?
-Muszę iść do Ilraena – odparłem stanowczo. - Nie będę tu teraz siedział, podczas gdy on…
-Twojego wstrętnego kolegi nie ma w domu. Jego matka, od której się o wszystkim dowiedziałem powiedziała również, że Ilraen uciekł. Nikt go przez cały dzień nie widział – mężczyzna uśmiechnął się złośliwie. - Chyba, że to on…?
Poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość.
-Chyba niczego nie insynuujesz?! Dobrze znasz historię tego rodu. Wiesz, że śmierć w wieku dwudziestu pięciu lat jest dla jego mężczyzn normalną rzeczą.
-Tak, dobrze znam historię tego rodu – przyznał ojciec. - Wiem więc, jakim potworem jest twój odrażający przyjaciel…
-Sam jesteś potworem!
Nie potrafiłem się pohamować. Już nie. Ten złośliwy człowiek stoi przede mną i obraża tak wspaniałych ludzi, jak Ilraen i jego rodzina… To nie tutaj powinienem teraz być. Nie mam czasu, by znów spierać się z ojcem.
-Coś ty powiedział? - kątem oka dostrzegłem, że oblicze ojca wykrzywia złość. Nie chciałem czekać na ciąg dalszy. Pospiesznie przemknąłem w stronę drzwi i wybiegłem, nim tamten zdążył mnie złapać.
A więc Ilraena nie ma w domu? Na wszelki wypadek poszedłem tam, by się upewnić, ale słowa mojego ojca okazały się być prawdziwe. Dokąd mógł udać się mój przyjaciel?
Nogi prowadziły mnie same, aż dotarłem na skraj lasu. Gdy zobaczyłem, gdzie stoję, uśmiechnąłem się sam do siebie. Czy on naprawdę mógłby tutaj być? To było miejsce, w które często razem wędrowaliśmy już od najmłodszych lat.
Nie zastanawiając się nad tym dłużej, wszedłem do lasu i zagłębiłem się w gąszcz krzewów i drzew. Miałem wrażenie, że prowadzi mnie pierwotny instynkt. Teraz byłem pewien – mój przyjaciel na pewno tu jest!
-Cześć, Erius.
Aż podskoczyłem na dźwięk głosu Ilraena. Odwróciłem głowę i spojrzałem wprost w jego oczy.
-Ilraen! Szukałem cię. Słyszałem o twoim ojcu…
Twarz mojego przyjaciela wyrażała pewne zacięcie i stanowczość, ale w jego wzroku i tak dostrzegłem żal.
-W porządku, poradzę sobie – powiedział cicho. - To było do przewidzenia.
Wcale nie sprawiał wrażenia zdolnego do tego, by tak łatwo zaakceptować ten przykry fakt. On nigdy przy mnie nie płakał, choć ja miałem w zwyczaju często zalewać się łzami w jego obecności.
Ilraen odwrócił się.
-Chodź, pokażę ci coś – oświadczył. Widocznie nie chciał już kontynuować tego tematu. Z zaciekawieniem ruszyłem za nim.
-Czy to ma coś wspólnego z twoją dzisiejszą nieobecnością w domu? - zagadnąłem nieśmiało. Nie odpowiedział, torując sobie drogę przez zarośla.
Gdy tylko wyszliśmy na polankę, stanąłem jak wryty. Moim oczom ukazał się wspaniały miecz. Ilraen podszedł do niego i podniósł. Musiałem przyznać w duchu, że ten widok zapierał dech w piersiach. On i wspaniała broń byli dla siebie stworzeni.
-To pamiątka po moim ojcu – wyjaśnił chłopiec cicho. Podszedłem do niego ostrożnie i wyciągnąłem rękę, by dotknąć klingi, lecz Ilraen cofnął się.
-O co chodzi?
-Przepraszam, ale chciałbym mieć wyłączność do tego miecza. To nie to, że ci nie ufam… Ale…
-W porządku – odparłem lekko urażony. - To tutaj byłeś przez cały dzień, tak?
-Zgadza się. Trenowałem.
-Powinniśmy wrócić do domu. Twoja rodzina na pewno się niepokoi. Powinieneś być przy matce – upomniałem. Ilraen odwrócił się i ukrył miecz.
-Nie chcę go brać teraz do domu – stwierdził cicho. - Jeszcze nie…
Kiedy wychodziliśmy z lasu, widziałem tęskne spojrzenia, jakie mój przyjaciel słał za siebie. Nie byłem do końca pewien, co sądzić o tym mieczu. Z jednej strony był wspaniałą pamiątką i bronią, ale czułem się odrobinę zazdrosny. Miałem nadzieję, że Ilraen nie przełoży go nad naszą przyjaźń.
-Odprowadzę cię do domu – zaproponował, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Co? Ach… Nie musisz, naprawdę… - wtem przypomniałem sobie o burzliwej rozmowie z ojcem, nim wyszedłem poszukać przyjaciela. Prawdopodobnie czekało mnie straszliwe lanie. Ilraen chyba dostrzegł niepokój na mojej twarzy, gdyż jego oblicze przybrało nachmurzony wyraz.
-Lepiej wracaj do siebie – powiedziałem. Nie chciałem, by mi przy tym towarzyszył. Ilraen był jednak nieustępliwy. Jak zwykle…
Już w progu wciągnęły mnie do środka silne ręce. Zostałem brutalnie ciśnięty o ścianę; aż mnie zamroczyło z bólu.
Słyszałem, że ojciec miota przekleństwa i kopie mnie po brzuchu i twarzy. Czułem w ustach słodką krew. W uszach szumiało mi, nie na tyle jednak, bym nie usłyszał wściekłego krzyku przyjaciela.
-Ilraen, nie… - chciałem powiedzieć, lecz ani jedno słowo nie wydobyło się spomiędzy moich nabrzmiałych warg. Ojciec przestał mnie okładać i kopać. Usłyszałem głuchy dźwięk, jakby ktoś upadł…
A potem ktoś mnie podniósł. Dotyk był delikatny, choć jednocześnie zdecydowany.
-Ilraen…
-Chodź, Erius. Nie możesz tu zostać.
-Co się stało?
Otworzyłem oczy i z trudem odwróciłem głowę. Zobaczyłem, że ojciec leży bez ruchu na podłodze.
-Ilraen, co ty…?
-Musiałem zainterweniować. Nie mogłem już tego wytrzymać. Nie chciałem stracić kolejnej osoby, którą kocham.
W jego oczach zalśniły łzy.
-Nie wiem, dlaczego go zabiłem. Nie zamierzałem tego zrobić. Uderzyłem go, ale nie był to szczególnie silny cios. Wiesz, co to oznacza?
-Nadludzka siła? - wydusiłem, wstrząśnięty. - Jedna z odziedziczonych mocy…?
-Na to wygląda… - przyznał cicho równie przerażony Ilraen. 
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Ale przyjaciel zrobił to, by mnie chronić. Nie mogłem go za to winić. Szczerze mówiąc, na myśl o śmierci ojca odczułem niezbyt szlachetną, ale prawdziwą i szczerą ulgę. To były ostatnie rany, jakie mi zadał. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie pomógł mi Ilraen.
-Dziękuję - powiedziałem. Podejrzewałem, jak ciężkie musiały być dla Ilraena wydarzenia tego dnia. Najpierw śmierć ukochanego ojca, a teraz to...
Uścisnąłem go, lekceważąc uporczywy ból zadanych ran. Poczułem, że przyjaciel drży od wstrzymywanego szlochu.
-Dlaczego ty nigdy nie możesz przy mnie otwarcie zapłakać? - uśmiechnąłem się, czując łzy spływające po moich policzkach.