Dach mojego domu to najlepszy punkt obserwacyjny, jaki znam. Łatwo się tu dostać, a widok roztacza się na tę część miasta i pobliski sad z gorącymi źródłami, w których wygrzewał się teraz Erius. Był dla mnie jak brat. Trochę się mazał i użalał nad sobą, ale był nieocenionym towarzyszem zabaw. Mimo, że między nami jest pięć lat różnicy, w ogóle tego nie czuję. Jest starszy, ale co z tego, skoro razem czujemy się tak wspaniale? Widzę, jak cieszy się z każdej chwili spędzonej z nami, spędzonej poza domem, w którym toczyło się istne piekło.
Od kiedy zmarła jego matka, ojciec się rozpił i zamienił jego życie w koszmar na jawie. Martwię się o niego i chcę, aby było mu z nami jak najlepiej.
-Tato, czy Erius może u nas trochę pomieszkać? - spytałem któregoś razu, gdy zauważyłem, że powiększyła się kolekcja jego sińców i stłuczeń. Nie chciałem, by tam wracał. Nie teraz, gdy potrzebował mojego towarzystwa, opieki. Ojciec pokiwał głową z uśmiechem i przytknął swoje czoło do mojego, patrząc mi w oczy. Był to gest największej miłości, jaką znają ludzie.
-Masz dobre serce, Ilraen. Oby nie zmieniło się w lód, gdy wyjdziesz już na ten pełen zła i niesprawiedliwości świat.
Mama go skarciła twierdząc, że przez niego nie będę mógł w nocy spokojnie zasnąć.
Erius jest naprawdę odważny. Ja już dawno uciekłbym z tego horroru zwanego domem, gdybym był na jego miejscu. Ale on zawsze tam wraca twierdząc, że ojciec go potrzebuje, że bez niego zginie z głodu. Osobiście uważam, że tak by było lepiej dla wszystkich, ale on wtedy mi przerywa i mówi, że nieważne, jak złą ktoś jest osobą, wciąż należy mu się szacunek i opieka. Ma tupet.
Rzuciłem z gniewem szyszką, którą znalazłem na dachu. To przecież nie ma sensu! Jak można opiekować się i wciąż kochać osobę, która cie bije i pragnie jedynie pogrążyć się w smutkach, bądź alkoholowym śnie. Sfrustrowany zgrzytnąłem zębami. Mimo, że czułem na sobie wzrok Eriusa, nie spojrzałem w jego stronę. Nie wiem, jak on to robił, ale doskonale wiedział, kiedy o nim myślę, kiedy się nim denerwuję, bądź kiedy jestem sfrustrowany. Czyta ze mnie jak z otwartej księgi, gdy on doskonale potrafi ukryć przede mną swoje uczucia. To takie denerwujące!
Tata niknął w oczach. Martwiłem się. Bardzo. Osiągał już wiek dwudziestu pięciu lat. Wiek próby. W moim sercu rodził się strach. A co, jeśli nie przetrwa? Co jeśli jego ciało nie zaakceptuje mocy, która drzemie w nas od trzech pokoleń? Co, jeśli go nam zabraknie? Pozostanę jedynym mężczyzną w tym domu, na mnie spadną obowiązki głowy rodziny... a ja mam dopiero jedenaście lat...!
Siedział na fotelu. Pamiętam to jak dziś... była pełnia. Wgramoliłem mu się na kolana i przytuliłem mocno.
-Chcę ci coś pokazać - uśmiechnął się z czułością i wstał, biorąc mnie na ręce. Wtuliłem się w niego tak, jakby to były nasze ostatnie chwile. Ruszyliśmy w stronę lasu, w którym jedynie gdzieniegdzie prześwitywało między liściami światło księżyca. Rozglądałem się uważnie. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce, czułem mrowienie w piersi, a włoski na karku stanęły mi dęba.
-Czujesz to, prawda? - szepnął, a ja skinąłem głową - To jest miejsce mocy. Tylko my możemy tu być. Każdy inny boi się tego miejsca, choć sam nie wie, dlaczego. Tu jest coś, co jest ukryte dla ciebie. Proszę cię, abyś przyszedł tu po mojej śmierci i to wziął. Jest ukryte tu.
Wskazał palcem na wydrążony kamień, lecz nie pozwolił mi podejść bliżej by zobaczyć, cóż takiego skrywa ta skała. Gdy poprosił mnie, bym przysiągł, że zabiorę stąd jego skarb, złożyłem na jego ręce obietnicę. Jego twarz rozjaśnił uśmiech i porwał mnie w ramiona, po czym wróciliśmy do domu. Obaj zasnęliśmy niemal natychmiast. Ja na nim. Wtuleni w siebie. On chroniący mnie przed mrokiem i złem nocy.
Gdy obudziłem się rano, pierwsze co zauważyłem to brak silnego, bezpiecznego uścisku ojca. Spojrzałem na niego. Twarz miał spokojną, lecz bladą. Na ustach tańczył słaby, niemal nierealny uśmiech. Gdy dotknąłem jego policzka, jedyne co poczułem, to przejmujący chłód. Do oczu zaczęły wciskać się łzy, które chwilę potem popłynęły po mej twarzy. Zostawił mnie, a wczorajszy wieczór był naszym pożegnaniem. Nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa, jęku, czy szlochu. Łkałem bezgłośnie, patrząc w martwe, nieruchome oblicza najważniejszej osoby mojego świata. Wstałem i niczym we śnie, ruszyłem ku miejscu mocy, by dopełnić przysięgi złożonej ojcu. Uklęknąłem przy głazie i zanurzyłem rękę w wyżłobieniu. Palce odnalazły jakiś dziwny, podłużny przedmiot, który natychmiast chwyciłem i wyjąłem. Mimo szczelnego kokonu materiału, już wiedziałem, co to było.
Odwinąłem delikatnie, niemal z namaszczeniem poły sayi, odsłaniając piękną klingę. Eleneas... miecz ducha Ognia. Ostatnia pamiątka po mym ojcu.
sobota, 27 czerwca 2015
piątek, 26 czerwca 2015
Rozdzial 1
Ogień
powoli dogasał w kominku, choć jego ciepło wciąż rozchodziło
się po drewnianym, ubogim domu na uboczu miasta. Wysoki, smukły
mężczyzna wstał niechętnie, po czym dorzucił drwa do kominka.
Zza jego pleców wychylił się równie smukły chłopiec,
spoglądający na poczynania ojca z ciekawością. Ilraen Mercuto.
Mój przyjaciel.
Nazywam
się Erius Fort i naprawdę się boję. Boję się wielu rzeczy, choć
nie jestem przecież tchórzem. Sam Ilraen to powiedział. Być może
nie posuwam się do tak karkołomnych wyczynów, jak on – nie
potrafię wspiąć się na dach jego domu, wyjść w nocy do lasu.
Uznał jednak, że jestem odważny. I to bardzo, skoro ośmielam się
mu sprzeciwiać i przerywać jego brawurowe, niebezpieczne przygody.
Ja po prostu sądzę, że taka powinna być moja rola. Ktoś powinien
chronić Ilraena, a tym kimś chciałbym być ja.
Boję
się powrócić do domu, do ojca. Znów na mnie nakrzyczy, znów
podniesie na mnie rękę. Dowiedział się o mojej przyjaźni z
rodziną Ilraena. Uważa to za hańbę, jako iż to właśnie przodek
Ilraena spowodował tragedię dla rodu ognia. Niech mówi, co chce.
Rodzina Ilraena jest dużo więcej warta, niż on. Nie chcę tam
wracać, tu jest najlepiej.
Boję
się chwili, w której Ilraen doczeka wieku dwudziestu pięciu lat.
To będzie koniec. Umrze, jak każdy z jego rodziny, kto naznaczony
został dziedzictwem. Jego ojciec zbliża się nieubłaganie do tego
przeklętego wieku. W jego oczach dostrzegam związany z tym strach,
ale również coś na kształt pokory. Pogodził się ze swoim losem.
Bardziej to czuję, niż wiem. Jestem lepszym obserwatorem, niż
myślą.
Ilraen
chwycił ojca za ramię i odprowadził od kominka. Wpatrywał się w
niego swymi przenikliwymi oczyma. O co znów chce zapytać? Znam go
na tyle, że wiem, iż coś go teraz trapi.
-Tato,
w jaki sposób można zwrócić rodzinie ognia należną jej pozycję?
Jakiż
on mądry. Nie interesują go jedynie harce i bezmyślne wygłupy.
Słucham w napięciu. Mnie także nurtuje to pytanie.
-W
jaki sposób? - westchnął mężczyzna. - Obawiam się, że nie ma
takiej możliwości. Los tej rodziny przypieczętowała nasza
przodkini. Popełniła niewybaczalny z perspektywy innych występek.
Jego efekty są widoczne po dziś dzień…
Spojrzał
na syna ze smutkiem.
-Nie
myśl nad tym. Idź się lepiej pobawić.
Wzrok
Ilraena dobitnie świadczy o tym, że się nie podda. Podziwiam jego
upór. Szczerze mówiąc, ja sam nie mam pomysłu, w jaki sposób
można pogodzić ród ognia zresztą królestwa. Czy to się da w
ogóle zrobić?
-Zobaczysz,
że to możliwe – odparł Ilraen, jakby potrafił czytać w moich
myślach. - Sam tego dokonam.
Minęliśmy
matkę mojego przyjaciela, Ashiyę, oraz jego siostrę, Nukę. Wzrok
Nuki staje się zimny, ilekroć na nas spogląda. Mimo sympatii, jaką
darzę rodzinę Mercuto, wolałbym nie mieć z Nuką zbyt wiele do
czynienia.
Cieszę
się, że Ilraen ma wiele zapału. Jakiekolwiek będą jego
poczynania, i tak go poprę. Nawet, gdybyśmy mieli zmierzyć się z
całym królestwem. A kto wie, czy do tego kiedyś nie dojdzie.
czwartek, 25 czerwca 2015
Prolog.
Księżyc w pełni wznosił się już ponad lasem, a Aryara wciąż galopowała na swym karym wierzchowcu. Ani myślała wracać teraz do domu - przecież noc była jeszcze młoda, a ona, piękna, pełna energii dziewczyna nie potrzebowała jeszcze snu. Nie była już przecież małą dziewczynką, która kładła się do snu wraz z pierwszą gwiazdką.
Uniosła głowę i czując wiatr we włosach zaśmiała się radośnie. Czuła się wolna. Naprawdę wolna jak ptak. Oswobodziła się wreszcie z kajdan etykiety, dworskiego życia i wszelkich innych niedogodności, które zsyłał na nią jej wymagający ojciec. Nie była swoją matką. Kochała przyrodę, las, do którego zabroniono jej chodzić po tym, jak ród Wody próbował ją porwać. Co z tego? Już potrafiła władać szpadą. Potrafiła się obronić. Bez trudu, bez mrugnięcia nawet okiem pokonywała swojego zgrzybiałego instruktora szermierki, Tettasa. Co jej tu mogło grozić? Nic, z czym by sobie nie poradziła. Już widziała minę swojej opiekunki, gdy wróci do domu. Po plecach przebiegł jej dreszcz ekscytacji. Stara matrona zawsze trzymała ją krótko, nie pozwalając nawet na odrobinę zabawy. Młoda Aryara uwielbiała pokazywać tej wiedźmie, że silnej i zdrowej duszy nie da się stłumić gorsetami, sukniami. Nie da się jej zapiąć w okowy spinek, gumek i ozdóbek do włosów. Ona była dzieckiem lasu mimo, że w sercu płonął prawdziwy, żywy Ogień. Miała wydać na świat następce rodu Mercuto, poskramiaczy tego potężnego żywiołu. Co z tego, że nie miała najmniejszej ochoty na rodzenie dzieci? Taki był jej obowiązek i kropka, bo przecież nikt jej nie pytał o zdanie.
- Już ja im pokażę - burknęła do siebie - Ucieknę stąd kiedyś i zobaczą, że nie pozwolę sobą manipulować. Chcę być wreszcie wolna, móc decydować o sobie!
Spojrzała w gwiazdy, jakby te klejnoty porozrzucane na czarnym jedwabiu nocy mogły przyznać jej rację. Te mrugały jedynie srebrzystym blaskiem, patrząc obojętnie.
Zaczynało już świtać, a Aryara nadal buszowała ze swym wierzchowcem po lesie. Nie znała już tych okolic, więc rozglądała się nerwowo. Biegała wzrokiem w te i we w te, szukając jakichkolwiek znajomo wyglądających drzew, czy kamieni. Ale nic nie wyglądało znajomo. Serce tłukło się w jej piersi ze strachu, a wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem konia, nie dodawała jej otuchy. Pierwszy raz od kiedy pamiętała, zatęskniła za tymi pełnymi przepychu salami, pokojówkami, oraz ciepłego kominka w swojej sypialni. Teraz jej ostoja wolności stała się klatką, z której nie potrafiła się wydostać, lub choćby odnaleźć drogi do furtki.
Trzask.
Dziewczyna obróciła się gwałtownie, a pukle czarnych jak heban włosów przesypały się za jej ramię. Koń zastrzygł uszami i zaczął niepewnie dreptać w miejscu. Coś się zbliżało. Nie musiała tego widzieć. Czuła to samą sobą.
Wpiła pięty w boki ogiera, który wystrzelił w przód z dzikim kwikiem.
Jedna myśl kołacząca się w głowie. Jedna jedyna, niczym ostatni oddech umierającego. Jedyna, niczym pierwszy oddech nowo narodzonego dziecka. Uciekać. Jak najszybciej, jak najdalej.
Gałęzie smagające w pędzie jej twarz. Tętent kopyt galopującego, przerażonego konia. I tłuczące się niczym młot serce.
Uciekać.
Koń stanął dęba, a ona spadła. Cóż innego mogła zrobić? Poderwała się na równe nogi i próbuje złapać konia, lecz ten, pędzony strachem niczym przez samego Kostuchę, biegnie już dalej, zostawiając samą i bezbronną dziewczynę na pastwę dzikich zwierząt.
Podkasała poły sukni i zaczęła uciekać. Biegła najszybciej jak mogła, ale wiedziała, że to nie dość szybko. Jeśli to wilki, dopadną ją i zagryzą bez litości. Jeśli niedźwiedź, tak samo.
I przebłysk tych resztek trzeźwego myślenia.
Na drzewo. Tylko tam będziesz bezpieczna. Wilki i niedźwiedzie nie potrafią się wspinać. Dopadła najbliższego drzewa i nieporadnie zaczęła gramolić się na najbliższą gałąź. To nie takie proste, gdy ma się na sobie tyle materiałów!
Usłyszała warkot, ale była zbyt przerażona, by obejrzeć się za siebie. Nie było na to czasu, przecież musiała się ratować!
Ile by teraz dała za pomoc! Nawet tego starego pryka, Tettasa!
Zwierzęta dopadły drzewa. Szkarłatne ślepia, pełne ostrych kłów szczęki. Koszmar na jawie. Strzępy rozdartej sukni spadały między wilki. Z jej ust wyrwał się krzyk.
Ów wrzask, pełen przerażenia i rozpaczy dotarł do uszu młodego chłopaka. Zaintrygowany podążył w stronę, skąd dobiegał. Mało kto zapuszczał się w te rejony, a on sam już od bardzo dawna nie widział żadnego człowieka. Dishti wziął swój miecz, umocował go u boku i udał się w dzicz, którą nazywał domem. Wyszedł na polanę, gdzie swe leże miały wilki i ujrzał całą gromadę stłoczoną wokół jednego drzewa. To stare drzewo służyło za dom wielu ptakom, wiewiórkom i owadom, ale jeszcze nigdy chłopak nie widział na nim człowieka. I to dziewczyny!
Przekrzywił głowę widząc, jak dziwnie jest ubrana. Pełno falbanek, fałdek, kokardek, buty na jakichś dziwnych patykach, który strasznie musiał przeszkadzać w chodzeniu. Nie mógł zrozumieć, jak taki cudak znalazł się w jego domu. W najmniej zbadanej głuszy Krysp.
- Pomógłbyś mi, panie! - spośród kupy ozdóbek i koronek dał się słyszeć pełen przerażenia pisk.
- Weszłaś na ich terytorium.
- Przepraszam, nie wiedziałam! Zgubiłam się!
Dishti pokręcił głową z rozbawieniem. Wiedział bowiem, że ta sfora nie zagraża nikomu i niczemu. To były jeszcze szczenięta, szukające jedynie zabawy. Włożył więc dwa palce do ust i zagwizdał przeciągle. Psy zamarły, po czym ruszyły w jego stronę piszcząc i merdając radośnie ogonami. Aryara patrzyła z szeroko otwartymi oczami i ustami na kupę szczęśliwego futra, które jeszcze chwilę temu chciało ją zagryźć.
Dwa dni spędziła z Dishtim i jego sforą. Nie wiedziała, że w lesie Krysp żył ktoś taki jak on. Był opalony, dobrze zbudowany. Musiał taki być, skoro mieszkał sam w tej głuszy, mając do towarzystwa jedynie sforę rozbrykanych wilcząt. Jej niebieskie oczy wciąż szukały spojrzenia tych srebrnych, tajemniczych, w kształcie migdałów.
Był piękny.
W wielu książkach, które czytała, miała do czynienia z romansami, których bohaterowie byli pod każdym względem idealni, ale to...! O bogowie! W jej oczach zdawał się być jednym z legendarnych herosów, którzy chodzili po tych ziemiach tysiące lat przed ludźmi.
Uniósł na nią wzrok, a jej serce zamarło. Widziała w jego oczach błysk pożądania. Więc i on kochał ją. Romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia.
Rozmawiali długo. Bardzo długo. Ona poznała jego przeszłość, a on jej. Nie obchodziły ich rzeczy, które nie pozwalały im być ze sobą. Jej to nie obchodziło. Była gotowa porzucić swoje doczesne życie, byleby być z nim. Co z tego, że był Clarytem, istotą zmiennokształtną? Co zmieniał ten fakt? Wiedziała, że to była jego najprawdziwsza z postaci. Nie musiał jej tego mówić, bo czuła to samą sobą.
Nim minął rok, złączyli się w jedno, a Aryara na dobre pogrążyła swój ród. Poczęła dziecko. Hybrydę. Obrzydliwość. Ludzie jej ojca znaleźli ją i jej syna, lecz zamiast zabić oboje na miejscu, postanowili zabrać oboje do swego pana. Pech chciał, że napotkali poselstwo króla. Czemu bogowie tak okrutnie potraktowali dziewczynę kochającą zakazaną miłością? Czemuż los nie mógł oszczędzić wstydu głowie rodu Mercuto?
Król wydał wyrok. Za złamanie praw natury, za przyzwolenie na życie obrzydliwości i jej matki, wielka rodzina, która poskromiła Ogień, została pozbawiona swych przywilejów i pozycji. Zostali zdegradowani do zwykłego zaścianka, zubożałej pozostałości szlachty, a ich miejsce zajęli Astosi. Ojciec Aryary zmarł ze zgryzoty, a dziewczyna, wraz z Dishtim wychowywała dziecko.
Chcę odzyskać to, co należy się mej rodzinie. Pragnę odzyskać pozycję i należne mi miejsce wśród ludu Enrilth. Ja, Ilraen Mercuto. Srebrny Smok. Mimo tego, że jestem obrzydliwością.
Uniosła głowę i czując wiatr we włosach zaśmiała się radośnie. Czuła się wolna. Naprawdę wolna jak ptak. Oswobodziła się wreszcie z kajdan etykiety, dworskiego życia i wszelkich innych niedogodności, które zsyłał na nią jej wymagający ojciec. Nie była swoją matką. Kochała przyrodę, las, do którego zabroniono jej chodzić po tym, jak ród Wody próbował ją porwać. Co z tego? Już potrafiła władać szpadą. Potrafiła się obronić. Bez trudu, bez mrugnięcia nawet okiem pokonywała swojego zgrzybiałego instruktora szermierki, Tettasa. Co jej tu mogło grozić? Nic, z czym by sobie nie poradziła. Już widziała minę swojej opiekunki, gdy wróci do domu. Po plecach przebiegł jej dreszcz ekscytacji. Stara matrona zawsze trzymała ją krótko, nie pozwalając nawet na odrobinę zabawy. Młoda Aryara uwielbiała pokazywać tej wiedźmie, że silnej i zdrowej duszy nie da się stłumić gorsetami, sukniami. Nie da się jej zapiąć w okowy spinek, gumek i ozdóbek do włosów. Ona była dzieckiem lasu mimo, że w sercu płonął prawdziwy, żywy Ogień. Miała wydać na świat następce rodu Mercuto, poskramiaczy tego potężnego żywiołu. Co z tego, że nie miała najmniejszej ochoty na rodzenie dzieci? Taki był jej obowiązek i kropka, bo przecież nikt jej nie pytał o zdanie.
- Już ja im pokażę - burknęła do siebie - Ucieknę stąd kiedyś i zobaczą, że nie pozwolę sobą manipulować. Chcę być wreszcie wolna, móc decydować o sobie!
Spojrzała w gwiazdy, jakby te klejnoty porozrzucane na czarnym jedwabiu nocy mogły przyznać jej rację. Te mrugały jedynie srebrzystym blaskiem, patrząc obojętnie.
Zaczynało już świtać, a Aryara nadal buszowała ze swym wierzchowcem po lesie. Nie znała już tych okolic, więc rozglądała się nerwowo. Biegała wzrokiem w te i we w te, szukając jakichkolwiek znajomo wyglądających drzew, czy kamieni. Ale nic nie wyglądało znajomo. Serce tłukło się w jej piersi ze strachu, a wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem konia, nie dodawała jej otuchy. Pierwszy raz od kiedy pamiętała, zatęskniła za tymi pełnymi przepychu salami, pokojówkami, oraz ciepłego kominka w swojej sypialni. Teraz jej ostoja wolności stała się klatką, z której nie potrafiła się wydostać, lub choćby odnaleźć drogi do furtki.
Trzask.
Dziewczyna obróciła się gwałtownie, a pukle czarnych jak heban włosów przesypały się za jej ramię. Koń zastrzygł uszami i zaczął niepewnie dreptać w miejscu. Coś się zbliżało. Nie musiała tego widzieć. Czuła to samą sobą.
Wpiła pięty w boki ogiera, który wystrzelił w przód z dzikim kwikiem.
Jedna myśl kołacząca się w głowie. Jedna jedyna, niczym ostatni oddech umierającego. Jedyna, niczym pierwszy oddech nowo narodzonego dziecka. Uciekać. Jak najszybciej, jak najdalej.
Gałęzie smagające w pędzie jej twarz. Tętent kopyt galopującego, przerażonego konia. I tłuczące się niczym młot serce.
Uciekać.
Koń stanął dęba, a ona spadła. Cóż innego mogła zrobić? Poderwała się na równe nogi i próbuje złapać konia, lecz ten, pędzony strachem niczym przez samego Kostuchę, biegnie już dalej, zostawiając samą i bezbronną dziewczynę na pastwę dzikich zwierząt.
Podkasała poły sukni i zaczęła uciekać. Biegła najszybciej jak mogła, ale wiedziała, że to nie dość szybko. Jeśli to wilki, dopadną ją i zagryzą bez litości. Jeśli niedźwiedź, tak samo.
I przebłysk tych resztek trzeźwego myślenia.
Na drzewo. Tylko tam będziesz bezpieczna. Wilki i niedźwiedzie nie potrafią się wspinać. Dopadła najbliższego drzewa i nieporadnie zaczęła gramolić się na najbliższą gałąź. To nie takie proste, gdy ma się na sobie tyle materiałów!
Usłyszała warkot, ale była zbyt przerażona, by obejrzeć się za siebie. Nie było na to czasu, przecież musiała się ratować!
Ile by teraz dała za pomoc! Nawet tego starego pryka, Tettasa!
Zwierzęta dopadły drzewa. Szkarłatne ślepia, pełne ostrych kłów szczęki. Koszmar na jawie. Strzępy rozdartej sukni spadały między wilki. Z jej ust wyrwał się krzyk.
Ów wrzask, pełen przerażenia i rozpaczy dotarł do uszu młodego chłopaka. Zaintrygowany podążył w stronę, skąd dobiegał. Mało kto zapuszczał się w te rejony, a on sam już od bardzo dawna nie widział żadnego człowieka. Dishti wziął swój miecz, umocował go u boku i udał się w dzicz, którą nazywał domem. Wyszedł na polanę, gdzie swe leże miały wilki i ujrzał całą gromadę stłoczoną wokół jednego drzewa. To stare drzewo służyło za dom wielu ptakom, wiewiórkom i owadom, ale jeszcze nigdy chłopak nie widział na nim człowieka. I to dziewczyny!
Przekrzywił głowę widząc, jak dziwnie jest ubrana. Pełno falbanek, fałdek, kokardek, buty na jakichś dziwnych patykach, który strasznie musiał przeszkadzać w chodzeniu. Nie mógł zrozumieć, jak taki cudak znalazł się w jego domu. W najmniej zbadanej głuszy Krysp.
- Pomógłbyś mi, panie! - spośród kupy ozdóbek i koronek dał się słyszeć pełen przerażenia pisk.
- Weszłaś na ich terytorium.
- Przepraszam, nie wiedziałam! Zgubiłam się!
Dishti pokręcił głową z rozbawieniem. Wiedział bowiem, że ta sfora nie zagraża nikomu i niczemu. To były jeszcze szczenięta, szukające jedynie zabawy. Włożył więc dwa palce do ust i zagwizdał przeciągle. Psy zamarły, po czym ruszyły w jego stronę piszcząc i merdając radośnie ogonami. Aryara patrzyła z szeroko otwartymi oczami i ustami na kupę szczęśliwego futra, które jeszcze chwilę temu chciało ją zagryźć.
Dwa dni spędziła z Dishtim i jego sforą. Nie wiedziała, że w lesie Krysp żył ktoś taki jak on. Był opalony, dobrze zbudowany. Musiał taki być, skoro mieszkał sam w tej głuszy, mając do towarzystwa jedynie sforę rozbrykanych wilcząt. Jej niebieskie oczy wciąż szukały spojrzenia tych srebrnych, tajemniczych, w kształcie migdałów.
Był piękny.
W wielu książkach, które czytała, miała do czynienia z romansami, których bohaterowie byli pod każdym względem idealni, ale to...! O bogowie! W jej oczach zdawał się być jednym z legendarnych herosów, którzy chodzili po tych ziemiach tysiące lat przed ludźmi.
Uniósł na nią wzrok, a jej serce zamarło. Widziała w jego oczach błysk pożądania. Więc i on kochał ją. Romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia.
Rozmawiali długo. Bardzo długo. Ona poznała jego przeszłość, a on jej. Nie obchodziły ich rzeczy, które nie pozwalały im być ze sobą. Jej to nie obchodziło. Była gotowa porzucić swoje doczesne życie, byleby być z nim. Co z tego, że był Clarytem, istotą zmiennokształtną? Co zmieniał ten fakt? Wiedziała, że to była jego najprawdziwsza z postaci. Nie musiał jej tego mówić, bo czuła to samą sobą.
Nim minął rok, złączyli się w jedno, a Aryara na dobre pogrążyła swój ród. Poczęła dziecko. Hybrydę. Obrzydliwość. Ludzie jej ojca znaleźli ją i jej syna, lecz zamiast zabić oboje na miejscu, postanowili zabrać oboje do swego pana. Pech chciał, że napotkali poselstwo króla. Czemu bogowie tak okrutnie potraktowali dziewczynę kochającą zakazaną miłością? Czemuż los nie mógł oszczędzić wstydu głowie rodu Mercuto?
Król wydał wyrok. Za złamanie praw natury, za przyzwolenie na życie obrzydliwości i jej matki, wielka rodzina, która poskromiła Ogień, została pozbawiona swych przywilejów i pozycji. Zostali zdegradowani do zwykłego zaścianka, zubożałej pozostałości szlachty, a ich miejsce zajęli Astosi. Ojciec Aryary zmarł ze zgryzoty, a dziewczyna, wraz z Dishtim wychowywała dziecko.
Chcę odzyskać to, co należy się mej rodzinie. Pragnę odzyskać pozycję i należne mi miejsce wśród ludu Enrilth. Ja, Ilraen Mercuto. Srebrny Smok. Mimo tego, że jestem obrzydliwością.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)