sobota, 4 lipca 2015

Rozdzial 3

Wiadomość o śmierci ojca Ilraena wstrząsnęła mną do głębi. Długo nie mogłem przestać płakać, ku uciesze mego ojca, który przekazał mi tą straszliwą wiadomość.
Kiedy w końcu otrząsnąłem się na tyle, by zacząć rozsądnie myśleć, zszedłem z łóżka i otarłem oczy. To nie była właściwa pora na łzy. Jest ktoś, dla kogo śmierć tego wspaniałego człowieka musiała być znacznie gorszym ciosem. Muszę być przy nim.
-Co ty robisz? - usłyszałem gniewne warknięcie ojca. - Chyba nie zamierzasz sobie wyjść, jak gdyby nigdy nic?
-Muszę iść do Ilraena – odparłem stanowczo. - Nie będę tu teraz siedział, podczas gdy on…
-Twojego wstrętnego kolegi nie ma w domu. Jego matka, od której się o wszystkim dowiedziałem powiedziała również, że Ilraen uciekł. Nikt go przez cały dzień nie widział – mężczyzna uśmiechnął się złośliwie. - Chyba, że to on…?
Poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość.
-Chyba niczego nie insynuujesz?! Dobrze znasz historię tego rodu. Wiesz, że śmierć w wieku dwudziestu pięciu lat jest dla jego mężczyzn normalną rzeczą.
-Tak, dobrze znam historię tego rodu – przyznał ojciec. - Wiem więc, jakim potworem jest twój odrażający przyjaciel…
-Sam jesteś potworem!
Nie potrafiłem się pohamować. Już nie. Ten złośliwy człowiek stoi przede mną i obraża tak wspaniałych ludzi, jak Ilraen i jego rodzina… To nie tutaj powinienem teraz być. Nie mam czasu, by znów spierać się z ojcem.
-Coś ty powiedział? - kątem oka dostrzegłem, że oblicze ojca wykrzywia złość. Nie chciałem czekać na ciąg dalszy. Pospiesznie przemknąłem w stronę drzwi i wybiegłem, nim tamten zdążył mnie złapać.
A więc Ilraena nie ma w domu? Na wszelki wypadek poszedłem tam, by się upewnić, ale słowa mojego ojca okazały się być prawdziwe. Dokąd mógł udać się mój przyjaciel?
Nogi prowadziły mnie same, aż dotarłem na skraj lasu. Gdy zobaczyłem, gdzie stoję, uśmiechnąłem się sam do siebie. Czy on naprawdę mógłby tutaj być? To było miejsce, w które często razem wędrowaliśmy już od najmłodszych lat.
Nie zastanawiając się nad tym dłużej, wszedłem do lasu i zagłębiłem się w gąszcz krzewów i drzew. Miałem wrażenie, że prowadzi mnie pierwotny instynkt. Teraz byłem pewien – mój przyjaciel na pewno tu jest!
-Cześć, Erius.
Aż podskoczyłem na dźwięk głosu Ilraena. Odwróciłem głowę i spojrzałem wprost w jego oczy.
-Ilraen! Szukałem cię. Słyszałem o twoim ojcu…
Twarz mojego przyjaciela wyrażała pewne zacięcie i stanowczość, ale w jego wzroku i tak dostrzegłem żal.
-W porządku, poradzę sobie – powiedział cicho. - To było do przewidzenia.
Wcale nie sprawiał wrażenia zdolnego do tego, by tak łatwo zaakceptować ten przykry fakt. On nigdy przy mnie nie płakał, choć ja miałem w zwyczaju często zalewać się łzami w jego obecności.
Ilraen odwrócił się.
-Chodź, pokażę ci coś – oświadczył. Widocznie nie chciał już kontynuować tego tematu. Z zaciekawieniem ruszyłem za nim.
-Czy to ma coś wspólnego z twoją dzisiejszą nieobecnością w domu? - zagadnąłem nieśmiało. Nie odpowiedział, torując sobie drogę przez zarośla.
Gdy tylko wyszliśmy na polankę, stanąłem jak wryty. Moim oczom ukazał się wspaniały miecz. Ilraen podszedł do niego i podniósł. Musiałem przyznać w duchu, że ten widok zapierał dech w piersiach. On i wspaniała broń byli dla siebie stworzeni.
-To pamiątka po moim ojcu – wyjaśnił chłopiec cicho. Podszedłem do niego ostrożnie i wyciągnąłem rękę, by dotknąć klingi, lecz Ilraen cofnął się.
-O co chodzi?
-Przepraszam, ale chciałbym mieć wyłączność do tego miecza. To nie to, że ci nie ufam… Ale…
-W porządku – odparłem lekko urażony. - To tutaj byłeś przez cały dzień, tak?
-Zgadza się. Trenowałem.
-Powinniśmy wrócić do domu. Twoja rodzina na pewno się niepokoi. Powinieneś być przy matce – upomniałem. Ilraen odwrócił się i ukrył miecz.
-Nie chcę go brać teraz do domu – stwierdził cicho. - Jeszcze nie…
Kiedy wychodziliśmy z lasu, widziałem tęskne spojrzenia, jakie mój przyjaciel słał za siebie. Nie byłem do końca pewien, co sądzić o tym mieczu. Z jednej strony był wspaniałą pamiątką i bronią, ale czułem się odrobinę zazdrosny. Miałem nadzieję, że Ilraen nie przełoży go nad naszą przyjaźń.
-Odprowadzę cię do domu – zaproponował, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Co? Ach… Nie musisz, naprawdę… - wtem przypomniałem sobie o burzliwej rozmowie z ojcem, nim wyszedłem poszukać przyjaciela. Prawdopodobnie czekało mnie straszliwe lanie. Ilraen chyba dostrzegł niepokój na mojej twarzy, gdyż jego oblicze przybrało nachmurzony wyraz.
-Lepiej wracaj do siebie – powiedziałem. Nie chciałem, by mi przy tym towarzyszył. Ilraen był jednak nieustępliwy. Jak zwykle…
Już w progu wciągnęły mnie do środka silne ręce. Zostałem brutalnie ciśnięty o ścianę; aż mnie zamroczyło z bólu.
Słyszałem, że ojciec miota przekleństwa i kopie mnie po brzuchu i twarzy. Czułem w ustach słodką krew. W uszach szumiało mi, nie na tyle jednak, bym nie usłyszał wściekłego krzyku przyjaciela.
-Ilraen, nie… - chciałem powiedzieć, lecz ani jedno słowo nie wydobyło się spomiędzy moich nabrzmiałych warg. Ojciec przestał mnie okładać i kopać. Usłyszałem głuchy dźwięk, jakby ktoś upadł…
A potem ktoś mnie podniósł. Dotyk był delikatny, choć jednocześnie zdecydowany.
-Ilraen…
-Chodź, Erius. Nie możesz tu zostać.
-Co się stało?
Otworzyłem oczy i z trudem odwróciłem głowę. Zobaczyłem, że ojciec leży bez ruchu na podłodze.
-Ilraen, co ty…?
-Musiałem zainterweniować. Nie mogłem już tego wytrzymać. Nie chciałem stracić kolejnej osoby, którą kocham.
W jego oczach zalśniły łzy.
-Nie wiem, dlaczego go zabiłem. Nie zamierzałem tego zrobić. Uderzyłem go, ale nie był to szczególnie silny cios. Wiesz, co to oznacza?
-Nadludzka siła? - wydusiłem, wstrząśnięty. - Jedna z odziedziczonych mocy…?
-Na to wygląda… - przyznał cicho równie przerażony Ilraen. 
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Ale przyjaciel zrobił to, by mnie chronić. Nie mogłem go za to winić. Szczerze mówiąc, na myśl o śmierci ojca odczułem niezbyt szlachetną, ale prawdziwą i szczerą ulgę. To były ostatnie rany, jakie mi zadał. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie pomógł mi Ilraen.
-Dziękuję - powiedziałem. Podejrzewałem, jak ciężkie musiały być dla Ilraena wydarzenia tego dnia. Najpierw śmierć ukochanego ojca, a teraz to...
Uścisnąłem go, lekceważąc uporczywy ból zadanych ran. Poczułem, że przyjaciel drży od wstrzymywanego szlochu.
-Dlaczego ty nigdy nie możesz przy mnie otwarcie zapłakać? - uśmiechnąłem się, czując łzy spływające po moich policzkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz