Wiadomość o
śmierci ojca Ilraena wstrząsnęła mną do głębi. Długo nie
mogłem przestać płakać, ku uciesze mego ojca, który przekazał
mi tą straszliwą wiadomość.
Kiedy w końcu
otrząsnąłem się na tyle, by zacząć rozsądnie myśleć,
zszedłem z łóżka i otarłem oczy. To nie była właściwa pora na
łzy. Jest ktoś, dla kogo śmierć tego wspaniałego człowieka
musiała być znacznie gorszym ciosem. Muszę być przy nim.
-Co ty robisz? -
usłyszałem gniewne warknięcie ojca. - Chyba nie zamierzasz sobie
wyjść, jak gdyby nigdy nic?
-Muszę iść do
Ilraena – odparłem stanowczo. - Nie będę tu teraz siedział,
podczas gdy on…
-Twojego wstrętnego
kolegi nie ma w domu. Jego matka, od której się o wszystkim
dowiedziałem powiedziała również, że Ilraen uciekł. Nikt go
przez cały dzień nie widział – mężczyzna uśmiechnął się
złośliwie. - Chyba, że to on…?
Poczułem, jak
ogarnia mnie wściekłość.
-Chyba niczego nie
insynuujesz?! Dobrze znasz historię tego rodu. Wiesz, że śmierć w
wieku dwudziestu pięciu lat jest dla jego mężczyzn normalną
rzeczą.
-Tak, dobrze znam
historię tego rodu – przyznał ojciec. - Wiem więc, jakim
potworem jest twój odrażający przyjaciel…
-Sam jesteś
potworem!
Nie potrafiłem się
pohamować. Już nie. Ten złośliwy człowiek stoi przede mną i
obraża tak wspaniałych ludzi, jak Ilraen i jego rodzina… To nie
tutaj powinienem teraz być. Nie mam czasu, by znów spierać się z
ojcem.
-Coś ty powiedział?
- kątem oka dostrzegłem, że oblicze ojca wykrzywia złość. Nie
chciałem czekać na ciąg dalszy. Pospiesznie przemknąłem w stronę
drzwi i wybiegłem, nim tamten zdążył mnie złapać.
A więc Ilraena nie
ma w domu? Na wszelki wypadek poszedłem tam, by się upewnić, ale
słowa mojego ojca okazały się być prawdziwe. Dokąd mógł udać
się mój przyjaciel?
Nogi prowadziły
mnie same, aż dotarłem na skraj lasu. Gdy zobaczyłem, gdzie stoję,
uśmiechnąłem się sam do siebie. Czy on naprawdę mógłby tutaj
być? To było miejsce, w które często razem wędrowaliśmy już od
najmłodszych lat.
Nie zastanawiając
się nad tym dłużej, wszedłem do lasu i zagłębiłem się w
gąszcz krzewów i drzew. Miałem wrażenie, że prowadzi mnie
pierwotny instynkt. Teraz byłem pewien – mój przyjaciel na pewno
tu jest!
-Cześć, Erius.
Aż podskoczyłem na
dźwięk głosu Ilraena. Odwróciłem głowę i spojrzałem wprost w
jego oczy.
-Ilraen! Szukałem
cię. Słyszałem o twoim ojcu…
Twarz mojego
przyjaciela wyrażała pewne zacięcie i stanowczość, ale w jego
wzroku i tak dostrzegłem żal.
-W porządku,
poradzę sobie – powiedział cicho. - To było do przewidzenia.
Wcale nie sprawiał
wrażenia zdolnego do tego, by tak łatwo zaakceptować ten przykry
fakt. On nigdy przy mnie nie płakał, choć ja miałem w zwyczaju
często zalewać się łzami w jego obecności.
Ilraen odwrócił
się.
-Chodź, pokażę ci
coś – oświadczył. Widocznie nie chciał już kontynuować tego
tematu. Z zaciekawieniem ruszyłem za nim.
-Czy to ma coś
wspólnego z twoją dzisiejszą nieobecnością w domu? - zagadnąłem
nieśmiało. Nie odpowiedział, torując sobie drogę przez zarośla.
Gdy tylko wyszliśmy
na polankę, stanąłem jak wryty. Moim oczom ukazał się wspaniały
miecz. Ilraen podszedł do niego i podniósł. Musiałem przyznać w
duchu, że ten widok zapierał dech w piersiach. On i wspaniała broń
byli dla siebie stworzeni.
-To pamiątka po
moim ojcu – wyjaśnił chłopiec cicho. Podszedłem do niego
ostrożnie i wyciągnąłem rękę, by dotknąć klingi, lecz Ilraen
cofnął się.
-O co chodzi?
-Przepraszam, ale
chciałbym mieć wyłączność do tego miecza. To nie to, że ci nie
ufam… Ale…
-W porządku –
odparłem lekko urażony. - To tutaj byłeś przez cały dzień, tak?
-Zgadza się.
Trenowałem.
-Powinniśmy wrócić
do domu. Twoja rodzina na pewno się niepokoi. Powinieneś być przy
matce – upomniałem. Ilraen odwrócił się i ukrył miecz.
-Nie chcę go brać
teraz do domu – stwierdził cicho. - Jeszcze nie…
Kiedy wychodziliśmy
z lasu, widziałem tęskne spojrzenia, jakie mój przyjaciel słał
za siebie. Nie byłem do końca pewien, co sądzić o tym mieczu. Z
jednej strony był wspaniałą pamiątką i bronią, ale czułem się
odrobinę zazdrosny. Miałem nadzieję, że Ilraen nie przełoży go
nad naszą przyjaźń.
-Odprowadzę cię do
domu – zaproponował, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Co? Ach… Nie
musisz, naprawdę… - wtem przypomniałem sobie o burzliwej rozmowie
z ojcem, nim wyszedłem poszukać przyjaciela. Prawdopodobnie czekało
mnie straszliwe lanie. Ilraen chyba dostrzegł niepokój na mojej
twarzy, gdyż jego oblicze przybrało nachmurzony wyraz.
-Lepiej wracaj do
siebie – powiedziałem. Nie chciałem, by mi przy tym towarzyszył.
Ilraen był jednak nieustępliwy. Jak zwykle…
Już w progu
wciągnęły mnie do środka silne ręce. Zostałem brutalnie
ciśnięty o ścianę; aż mnie zamroczyło z bólu.
Słyszałem, że
ojciec miota przekleństwa i kopie mnie po brzuchu i twarzy. Czułem
w ustach słodką krew. W uszach szumiało mi, nie na tyle jednak,
bym nie usłyszał wściekłego krzyku przyjaciela.
-Ilraen, nie… -
chciałem powiedzieć, lecz ani jedno słowo nie wydobyło się
spomiędzy moich nabrzmiałych warg. Ojciec przestał mnie okładać
i kopać. Usłyszałem głuchy dźwięk, jakby ktoś upadł…
A potem ktoś mnie
podniósł. Dotyk był delikatny, choć jednocześnie zdecydowany.
-Ilraen…
-Chodź, Erius. Nie
możesz tu zostać.
-Co się stało?
Otworzyłem oczy i z
trudem odwróciłem głowę. Zobaczyłem, że ojciec leży bez ruchu
na podłodze.
-Ilraen, co ty…?
-Musiałem
zainterweniować. Nie mogłem już tego wytrzymać. Nie chciałem
stracić kolejnej osoby, którą kocham.
W jego oczach
zalśniły łzy.
-Nie wiem, dlaczego
go zabiłem. Nie zamierzałem tego zrobić. Uderzyłem go, ale nie
był to szczególnie silny cios. Wiesz, co to oznacza?
-Nadludzka siła? -
wydusiłem, wstrząśnięty. - Jedna z odziedziczonych mocy…?
-Na to wygląda… -
przyznał cicho równie przerażony Ilraen.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Ale przyjaciel zrobił to, by mnie chronić. Nie mogłem go za to winić. Szczerze mówiąc, na myśl o śmierci ojca odczułem niezbyt szlachetną, ale prawdziwą i szczerą ulgę. To były ostatnie rany, jakie mi zadał. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie pomógł mi Ilraen.
-Dziękuję - powiedziałem. Podejrzewałem, jak ciężkie musiały być dla Ilraena wydarzenia tego dnia. Najpierw śmierć ukochanego ojca, a teraz to...
Uścisnąłem go, lekceważąc uporczywy ból zadanych ran. Poczułem, że przyjaciel drży od wstrzymywanego szlochu.
-Dlaczego ty nigdy nie możesz przy mnie otwarcie zapłakać? - uśmiechnąłem się, czując łzy spływające po moich policzkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz