Dach mojego domu to najlepszy punkt obserwacyjny, jaki znam. Łatwo się tu dostać, a widok roztacza się na tę część miasta i pobliski sad z gorącymi źródłami, w których wygrzewał się teraz Erius. Był dla mnie jak brat. Trochę się mazał i użalał nad sobą, ale był nieocenionym towarzyszem zabaw. Mimo, że między nami jest pięć lat różnicy, w ogóle tego nie czuję. Jest starszy, ale co z tego, skoro razem czujemy się tak wspaniale? Widzę, jak cieszy się z każdej chwili spędzonej z nami, spędzonej poza domem, w którym toczyło się istne piekło.
Od kiedy zmarła jego matka, ojciec się rozpił i zamienił jego życie w koszmar na jawie. Martwię się o niego i chcę, aby było mu z nami jak najlepiej.
-Tato, czy Erius może u nas trochę pomieszkać? - spytałem któregoś razu, gdy zauważyłem, że powiększyła się kolekcja jego sińców i stłuczeń. Nie chciałem, by tam wracał. Nie teraz, gdy potrzebował mojego towarzystwa, opieki. Ojciec pokiwał głową z uśmiechem i przytknął swoje czoło do mojego, patrząc mi w oczy. Był to gest największej miłości, jaką znają ludzie.
-Masz dobre serce, Ilraen. Oby nie zmieniło się w lód, gdy wyjdziesz już na ten pełen zła i niesprawiedliwości świat.
Mama go skarciła twierdząc, że przez niego nie będę mógł w nocy spokojnie zasnąć.
Erius jest naprawdę odważny. Ja już dawno uciekłbym z tego horroru zwanego domem, gdybym był na jego miejscu. Ale on zawsze tam wraca twierdząc, że ojciec go potrzebuje, że bez niego zginie z głodu. Osobiście uważam, że tak by było lepiej dla wszystkich, ale on wtedy mi przerywa i mówi, że nieważne, jak złą ktoś jest osobą, wciąż należy mu się szacunek i opieka. Ma tupet.
Rzuciłem z gniewem szyszką, którą znalazłem na dachu. To przecież nie ma sensu! Jak można opiekować się i wciąż kochać osobę, która cie bije i pragnie jedynie pogrążyć się w smutkach, bądź alkoholowym śnie. Sfrustrowany zgrzytnąłem zębami. Mimo, że czułem na sobie wzrok Eriusa, nie spojrzałem w jego stronę. Nie wiem, jak on to robił, ale doskonale wiedział, kiedy o nim myślę, kiedy się nim denerwuję, bądź kiedy jestem sfrustrowany. Czyta ze mnie jak z otwartej księgi, gdy on doskonale potrafi ukryć przede mną swoje uczucia. To takie denerwujące!
Tata niknął w oczach. Martwiłem się. Bardzo. Osiągał już wiek dwudziestu pięciu lat. Wiek próby. W moim sercu rodził się strach. A co, jeśli nie przetrwa? Co jeśli jego ciało nie zaakceptuje mocy, która drzemie w nas od trzech pokoleń? Co, jeśli go nam zabraknie? Pozostanę jedynym mężczyzną w tym domu, na mnie spadną obowiązki głowy rodziny... a ja mam dopiero jedenaście lat...!
Siedział na fotelu. Pamiętam to jak dziś... była pełnia. Wgramoliłem mu się na kolana i przytuliłem mocno.
-Chcę ci coś pokazać - uśmiechnął się z czułością i wstał, biorąc mnie na ręce. Wtuliłem się w niego tak, jakby to były nasze ostatnie chwile. Ruszyliśmy w stronę lasu, w którym jedynie gdzieniegdzie prześwitywało między liściami światło księżyca. Rozglądałem się uważnie. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce, czułem mrowienie w piersi, a włoski na karku stanęły mi dęba.
-Czujesz to, prawda? - szepnął, a ja skinąłem głową - To jest miejsce mocy. Tylko my możemy tu być. Każdy inny boi się tego miejsca, choć sam nie wie, dlaczego. Tu jest coś, co jest ukryte dla ciebie. Proszę cię, abyś przyszedł tu po mojej śmierci i to wziął. Jest ukryte tu.
Wskazał palcem na wydrążony kamień, lecz nie pozwolił mi podejść bliżej by zobaczyć, cóż takiego skrywa ta skała. Gdy poprosił mnie, bym przysiągł, że zabiorę stąd jego skarb, złożyłem na jego ręce obietnicę. Jego twarz rozjaśnił uśmiech i porwał mnie w ramiona, po czym wróciliśmy do domu. Obaj zasnęliśmy niemal natychmiast. Ja na nim. Wtuleni w siebie. On chroniący mnie przed mrokiem i złem nocy.
Gdy obudziłem się rano, pierwsze co zauważyłem to brak silnego, bezpiecznego uścisku ojca. Spojrzałem na niego. Twarz miał spokojną, lecz bladą. Na ustach tańczył słaby, niemal nierealny uśmiech. Gdy dotknąłem jego policzka, jedyne co poczułem, to przejmujący chłód. Do oczu zaczęły wciskać się łzy, które chwilę potem popłynęły po mej twarzy. Zostawił mnie, a wczorajszy wieczór był naszym pożegnaniem. Nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa, jęku, czy szlochu. Łkałem bezgłośnie, patrząc w martwe, nieruchome oblicza najważniejszej osoby mojego świata. Wstałem i niczym we śnie, ruszyłem ku miejscu mocy, by dopełnić przysięgi złożonej ojcu. Uklęknąłem przy głazie i zanurzyłem rękę w wyżłobieniu. Palce odnalazły jakiś dziwny, podłużny przedmiot, który natychmiast chwyciłem i wyjąłem. Mimo szczelnego kokonu materiału, już wiedziałem, co to było.
Odwinąłem delikatnie, niemal z namaszczeniem poły sayi, odsłaniając piękną klingę. Eleneas... miecz ducha Ognia. Ostatnia pamiątka po mym ojcu.
Czekam na więcej !
OdpowiedzUsuń