Księżyc w pełni wznosił się już ponad lasem, a Aryara wciąż galopowała na swym karym wierzchowcu. Ani myślała wracać teraz do domu - przecież noc była jeszcze młoda, a ona, piękna, pełna energii dziewczyna nie potrzebowała jeszcze snu. Nie była już przecież małą dziewczynką, która kładła się do snu wraz z pierwszą gwiazdką.
Uniosła głowę i czując wiatr we włosach zaśmiała się radośnie. Czuła się wolna. Naprawdę wolna jak ptak. Oswobodziła się wreszcie z kajdan etykiety, dworskiego życia i wszelkich innych niedogodności, które zsyłał na nią jej wymagający ojciec. Nie była swoją matką. Kochała przyrodę, las, do którego zabroniono jej chodzić po tym, jak ród Wody próbował ją porwać. Co z tego? Już potrafiła władać szpadą. Potrafiła się obronić. Bez trudu, bez mrugnięcia nawet okiem pokonywała swojego zgrzybiałego instruktora szermierki, Tettasa. Co jej tu mogło grozić? Nic, z czym by sobie nie poradziła. Już widziała minę swojej opiekunki, gdy wróci do domu. Po plecach przebiegł jej dreszcz ekscytacji. Stara matrona zawsze trzymała ją krótko, nie pozwalając nawet na odrobinę zabawy. Młoda Aryara uwielbiała pokazywać tej wiedźmie, że silnej i zdrowej duszy nie da się stłumić gorsetami, sukniami. Nie da się jej zapiąć w okowy spinek, gumek i ozdóbek do włosów. Ona była dzieckiem lasu mimo, że w sercu płonął prawdziwy, żywy Ogień. Miała wydać na świat następce rodu Mercuto, poskramiaczy tego potężnego żywiołu. Co z tego, że nie miała najmniejszej ochoty na rodzenie dzieci? Taki był jej obowiązek i kropka, bo przecież nikt jej nie pytał o zdanie.
- Już ja im pokażę - burknęła do siebie - Ucieknę stąd kiedyś i zobaczą, że nie pozwolę sobą manipulować. Chcę być wreszcie wolna, móc decydować o sobie!
Spojrzała w gwiazdy, jakby te klejnoty porozrzucane na czarnym jedwabiu nocy mogły przyznać jej rację. Te mrugały jedynie srebrzystym blaskiem, patrząc obojętnie.
Zaczynało już świtać, a Aryara nadal buszowała ze swym wierzchowcem po lesie. Nie znała już tych okolic, więc rozglądała się nerwowo. Biegała wzrokiem w te i we w te, szukając jakichkolwiek znajomo wyglądających drzew, czy kamieni. Ale nic nie wyglądało znajomo. Serce tłukło się w jej piersi ze strachu, a wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem konia, nie dodawała jej otuchy. Pierwszy raz od kiedy pamiętała, zatęskniła za tymi pełnymi przepychu salami, pokojówkami, oraz ciepłego kominka w swojej sypialni. Teraz jej ostoja wolności stała się klatką, z której nie potrafiła się wydostać, lub choćby odnaleźć drogi do furtki.
Trzask.
Dziewczyna obróciła się gwałtownie, a pukle czarnych jak heban włosów przesypały się za jej ramię. Koń zastrzygł uszami i zaczął niepewnie dreptać w miejscu. Coś się zbliżało. Nie musiała tego widzieć. Czuła to samą sobą.
Wpiła pięty w boki ogiera, który wystrzelił w przód z dzikim kwikiem.
Jedna myśl kołacząca się w głowie. Jedna jedyna, niczym ostatni oddech umierającego. Jedyna, niczym pierwszy oddech nowo narodzonego dziecka. Uciekać. Jak najszybciej, jak najdalej.
Gałęzie smagające w pędzie jej twarz. Tętent kopyt galopującego, przerażonego konia. I tłuczące się niczym młot serce.
Uciekać.
Koń stanął dęba, a ona spadła. Cóż innego mogła zrobić? Poderwała się na równe nogi i próbuje złapać konia, lecz ten, pędzony strachem niczym przez samego Kostuchę, biegnie już dalej, zostawiając samą i bezbronną dziewczynę na pastwę dzikich zwierząt.
Podkasała poły sukni i zaczęła uciekać. Biegła najszybciej jak mogła, ale wiedziała, że to nie dość szybko. Jeśli to wilki, dopadną ją i zagryzą bez litości. Jeśli niedźwiedź, tak samo.
I przebłysk tych resztek trzeźwego myślenia.
Na drzewo. Tylko tam będziesz bezpieczna. Wilki i niedźwiedzie nie potrafią się wspinać. Dopadła najbliższego drzewa i nieporadnie zaczęła gramolić się na najbliższą gałąź. To nie takie proste, gdy ma się na sobie tyle materiałów!
Usłyszała warkot, ale była zbyt przerażona, by obejrzeć się za siebie. Nie było na to czasu, przecież musiała się ratować!
Ile by teraz dała za pomoc! Nawet tego starego pryka, Tettasa!
Zwierzęta dopadły drzewa. Szkarłatne ślepia, pełne ostrych kłów szczęki. Koszmar na jawie. Strzępy rozdartej sukni spadały między wilki. Z jej ust wyrwał się krzyk.
Ów wrzask, pełen przerażenia i rozpaczy dotarł do uszu młodego chłopaka. Zaintrygowany podążył w stronę, skąd dobiegał. Mało kto zapuszczał się w te rejony, a on sam już od bardzo dawna nie widział żadnego człowieka. Dishti wziął swój miecz, umocował go u boku i udał się w dzicz, którą nazywał domem. Wyszedł na polanę, gdzie swe leże miały wilki i ujrzał całą gromadę stłoczoną wokół jednego drzewa. To stare drzewo służyło za dom wielu ptakom, wiewiórkom i owadom, ale jeszcze nigdy chłopak nie widział na nim człowieka. I to dziewczyny!
Przekrzywił głowę widząc, jak dziwnie jest ubrana. Pełno falbanek, fałdek, kokardek, buty na jakichś dziwnych patykach, który strasznie musiał przeszkadzać w chodzeniu. Nie mógł zrozumieć, jak taki cudak znalazł się w jego domu. W najmniej zbadanej głuszy Krysp.
- Pomógłbyś mi, panie! - spośród kupy ozdóbek i koronek dał się słyszeć pełen przerażenia pisk.
- Weszłaś na ich terytorium.
- Przepraszam, nie wiedziałam! Zgubiłam się!
Dishti pokręcił głową z rozbawieniem. Wiedział bowiem, że ta sfora nie zagraża nikomu i niczemu. To były jeszcze szczenięta, szukające jedynie zabawy. Włożył więc dwa palce do ust i zagwizdał przeciągle. Psy zamarły, po czym ruszyły w jego stronę piszcząc i merdając radośnie ogonami. Aryara patrzyła z szeroko otwartymi oczami i ustami na kupę szczęśliwego futra, które jeszcze chwilę temu chciało ją zagryźć.
Dwa dni spędziła z Dishtim i jego sforą. Nie wiedziała, że w lesie Krysp żył ktoś taki jak on. Był opalony, dobrze zbudowany. Musiał taki być, skoro mieszkał sam w tej głuszy, mając do towarzystwa jedynie sforę rozbrykanych wilcząt. Jej niebieskie oczy wciąż szukały spojrzenia tych srebrnych, tajemniczych, w kształcie migdałów.
Był piękny.
W wielu książkach, które czytała, miała do czynienia z romansami, których bohaterowie byli pod każdym względem idealni, ale to...! O bogowie! W jej oczach zdawał się być jednym z legendarnych herosów, którzy chodzili po tych ziemiach tysiące lat przed ludźmi.
Uniósł na nią wzrok, a jej serce zamarło. Widziała w jego oczach błysk pożądania. Więc i on kochał ją. Romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia.
Rozmawiali długo. Bardzo długo. Ona poznała jego przeszłość, a on jej. Nie obchodziły ich rzeczy, które nie pozwalały im być ze sobą. Jej to nie obchodziło. Była gotowa porzucić swoje doczesne życie, byleby być z nim. Co z tego, że był Clarytem, istotą zmiennokształtną? Co zmieniał ten fakt? Wiedziała, że to była jego najprawdziwsza z postaci. Nie musiał jej tego mówić, bo czuła to samą sobą.
Nim minął rok, złączyli się w jedno, a Aryara na dobre pogrążyła swój ród. Poczęła dziecko. Hybrydę. Obrzydliwość. Ludzie jej ojca znaleźli ją i jej syna, lecz zamiast zabić oboje na miejscu, postanowili zabrać oboje do swego pana. Pech chciał, że napotkali poselstwo króla. Czemu bogowie tak okrutnie potraktowali dziewczynę kochającą zakazaną miłością? Czemuż los nie mógł oszczędzić wstydu głowie rodu Mercuto?
Król wydał wyrok. Za złamanie praw natury, za przyzwolenie na życie obrzydliwości i jej matki, wielka rodzina, która poskromiła Ogień, została pozbawiona swych przywilejów i pozycji. Zostali zdegradowani do zwykłego zaścianka, zubożałej pozostałości szlachty, a ich miejsce zajęli Astosi. Ojciec Aryary zmarł ze zgryzoty, a dziewczyna, wraz z Dishtim wychowywała dziecko.
Chcę odzyskać to, co należy się mej rodzinie. Pragnę odzyskać pozycję i należne mi miejsce wśród ludu Enrilth. Ja, Ilraen Mercuto. Srebrny Smok. Mimo tego, że jestem obrzydliwością.
Jestem bardzo ciekawa co się wydarzy dalej . Czekam z niecierpliwością !
OdpowiedzUsuńPozdrawiam <3
o rany , na wszystko co na świecie, to jest genialne !!! Podziwiam całą sobą , tak się wciągnęłam ,że zaraz spóżnię się na spotkanie. Na pewno jeszcze nie raz mnie tu spotkasz... pięknie piszesz :)
OdpowiedzUsuńjak-w-niebiosach.blogspot.com- blog na temat religii chrześcijańskiej, jak chcesz to wejdź ,ale ja nie pisze tak cudownie jak ty :)
pozdrawiam - julia